Irlandzki system prawny potrafi zaskakiwać niezwykłą elastycznością, stając się niewyczerpanym źródłem finansowych niespodzianek dla przybyszów z najdalszych zakątków świata. Gdy wydawać by się mogło, że lokalny rynek pracy oferuje jedynie standardowe trudności, na scenę wkraczają instytucje państwowe, które z godną podziwu hojnością rekompensują wszelkie niedogodności związane z pobytem.
Przypadek afrykańskich pracowników służby zdrowia wyraźnie wskazuje nowy, niezwykle obiecujący kierunek. Skoro orzecznictwo ustanawia tak zadziwiające standardy finansowego zadośćuczynienia, właściwie każdy migrant przebywający na wyspie powinien niezwłocznie przeanalizować swoją sytuację i wystąpić o stosowną rekompensatę.
Głównym wątkiem tej zdumiewającej historii nie są bynajmniej kwestie rasizmu czy dyskryminacji, lecz sam fakt przyznania wręcz kuriozalnych kwot „odszkodowania”. Cała sprawa koncentruje się wokół grupy obywateli Zimbabwe, którzy przybyli do Irlandii z nadzieją na zatrudnienie w firmie Unity Healthcare, więc podmiocie realizującym zakontraktowane przez agencję Tusla usługi opiekuńcze w hrabstwie Cavan.
Na miejscu okazało się wprawdzie, że obiecana praca nie czeka na nich w gotowości, a procedury formalne związane z zezwoleniami uniemożliwiają natychmiastowe związanie się z innym pracodawcą, jednak reakcja organów rozstrzygających spory pracownicze przekroczyła najśmielsze oczekiwania.
Workplace Relations Commission (WRC) uznała traktowanie pracowników przez firmę za „szczególnie rażące” i przyznała dziewięciu osobom łącznie 273 780 euro zadośćuczynienia. Przekładając to na konkretne sumy: każdy z wnioskodawców otrzymał po 30 420 euro. Kwota ta stanowiła maksymalny możliwy wymiar kary, jaki Komisja mogła orzec, więc dokładną dwukrotność wynagrodzenia, o które ubiegali się pracownicy za sześciomiesięczny okres objęty wnioskiem. Decyzję tę, pomimo odwołań, podtrzymał Sąd Pracy (Labour Court) w odniesieniu do pierwszych opublikowanych spraw, w tym Tatendy Ncube oraz Brendy Mubaiwa.
Mechanizm, w jakim utrzymały się te astronomiczne rekompensaty, ociera się o wręcz groteskowy komizm formalny. Firma Unity Healthcare spóźniła się ze złożeniem apelacji o zaledwie jeden dzień po upływie ustawowego, 42-dniowego terminu. Tłumaczenia dyrektora spółki Bruce’a Magamy, który w ostatniej chwili dowiedział się, że kancelaria prawna nie zajmie się sprawą i w popłochu próbował samodzielnie przebrnąć przez procedury, zostały bezwzględnie odrzucone. Wiceprzewodnicząca Sądu Pracy Niamh McGowan oschle skwitowała, że brak znajomości przepisów czy nieporadność organizacyjna nie stanowią „nadzwyczajnych okoliczności”. Tym sposobem czyste przeoczenie proceduralne przypieczętowało wypłatę tej małej fortuny.
*
Wniosek z tej lekcji jest aż nadto czytelny, bo Irlandia stworzyła precedens, który aż się prosi o masowe wykorzystanie. Skoro brak realnego zajęcia przez kilkanaście miesięcy, połączony z niedogodnościami bytowymi i koniecznością oczekiwania na dokumenty, wyceniany jest na ponad 30 tysięcy euro od głowy, to w zasadzie większość obcokrajowców mierzących się z irlandzką biurokracją kwalifikuje się do wypłaty solidnej odprawy.
Należy tu zadać proste pytanie: dlaczego z tak wspaniałego dobrodziejstwa finansowego miałyby korzystać wyłącznie wybrane grupy? System dał jasny sygnał, więc jeśli przyjechałeś do kraju, zapłaciłeś za dokumenty, a obiecane warunki okazały się mrzonką – nie musisz martwić się szukaniem kompromisów. Wystarczy pójść do WRC z reprezentacją prawną, odczekać swoje i liczyć na to, że druga strona pomyli się w kalendarzu przy składaniu pism procesowych. Jak pokazał przykład Silibaziso Nondo, jedynej osoby z grupy, której roszczenie uchylono tylko dlatego, że podjęła pracę u innego pracodawcy miesiąc wcześniej, kluczem do sukcesu jest cierpliwość i powstrzymanie się od nadmiernej aktywności zawodowej.
Przedstawiciele organizacji społecznych, tacy jak Pretty Ndawo z Migrant Rights Centre Ireland, głośno apelują o jeszcze silniejszą ochronę osób przybywających na wyspę w ramach systemu zezwoleń. Można jedynie zgadywać, jak ta „silniejsza ochrona” miałaby wyglądać w praktyce, skoro już teraz instytucje państwowe rozdają po 30 tysięcy euro za okres bezrobocia, realizując maksymalne ustawowe widełki.
Irlandzki rynek pracy staje się w ten sposób swoistą loterią z gwarantowanym wygranym losem. Wszystkim migrantom przebywającym obecnie w Irlandii, którzy kiedykolwiek poczuli się rozczarowani brakiem natychmiastowego zatrudnienia lub opóźnieniem w wydaniu papierów, pozostaje życzyć udanych przygotowań do składania wniosków. Skoro państwowe tryby kręcą się w tak oszałamiającym kierunku, grzechem byłoby nie spróbować uszczknąć czegoś z tego hojnego, tortu Zielonej Wyspy.
Bogdan Feręc
Źr. The Irish Times


