Jemen, niegdyś mityczna Arabia Felix, kraina szczęśliwości, mirry i kadzidła. Dziś to trójpiekło wojny, głodu i cholery

Koc nie ochroni przed bombami. Dzieci skulone pod kocem zamykają oczy. Uderzy? Poleci dalej? Więc nie dziś. To rzeczywistość rodzin, które próbują żyć normalnie. Rodzą się dzieci. Bo ile można czekać?

Beata Błaszczyk

To potrwa najwyżej dwa tygodnie

„To potrwa najwyżej dwa tygodnie. Przecież świat się o nas upomni. Przecież mamy sojuszników. Te naloty zaraz się skończą”. Polska we wrześniu 1939 roku? Jemen dzisiaj, Jemen A.D. 2019. Dziś, trzydziestego czerwca 2019, mija tysiąc pięćset pięćdziesiąt ósmy dzień wojny.

Sana. Fot. B. Błaszczyk

Jemen, niegdyś mityczna Arabia Felix, kraina szczęśliwości, mirry i kadzidła. Dziś to trójpiekło wojny, głodu i cholery. Największa katastrofa humanitarna dzisiejszego świata, jak powiedział ponad rok temu Antonio Guterres, sekretarz generalny ONZ.

W dwudziestodziewięciomilionowym kraju ponad dwadzieścia dwa miliony pilnie potrzebują pomocy – albo medycznej, albo humanitarnej w postaci jedzenia. Kilkanaście milionów ludzi nie wie, skąd będzie pochodził ich następny posiłek. Tylko że to nie miliony, nie liczby, tylko ludzie. Przed wojną też było biednie. Jemen to najbiedniejszy kraj regionu i jeden z najbiedniejszych krajów świata. Przed wojną za mniej niż dwa dolary dziennie musiała przeżyć ponad połowa mieszkańców. Te dwa dolary to nie tylko wydatki na jedzenie. Czasem trzeba kupić żarówki czy baterie. Czasem zapłacić za przejazd czy lekarstwa dla dzieci. I na to dwa dolary dziennie musiały wystarczyć. Było biednie, ale na swój sposób godnie i bezpiecznie.

Jemeńczycy są dumni ze swojego przebogatego dziedzictwa historycznego i kulturalnego. Tama nieopodal miasta Marib, zbudowana w trzecim tysiącleciu p.n.e., nie przestaje zadziwiać badaczy jako cud architektury i geniuszu ludzkiej myśli. Trzy jemeńskie miasta są na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Ale to wcale nie broni ich przed saudyjskimi bombami.

Dziś funkcjonuje tylko ułamek infrastruktury medycznej. Saudyjskie bomby spadają na wszystko. Na szkoły, szpitale, dzielnice mieszkaniowe, kondukty pogrzebowe, orszaki weselne, a nawet meczety. Nie ma środków przeciwbólowych dla najciężej rannych. Coraz częściej nie ma prądu. Nie działa nawet awaryjne zasilanie, bo brakuje paliwa do generatorów prądu. Brakuje czystej, bezpiecznej wody pitnej. Jest gorąco – dużo bardziej niż u nas przez ostatnie tygodnie. Tylko wczoraj w Hudajdzie zmarło dziesięcioro nowo narodzonych dzieci. Zmarły z przegrzania i odwodnienia.

Lekarze walczą o życie chorych i rannych, chociaż od dwóch lat nie otrzymują wynagrodzenia. Tak samo jak nauczyciele i inne grupy zawodowe na tak zwanych państwowych posadach. Bo państwa praktycznie nie ma.

Sana, której starówka to cud architektury na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO od 1986 roku, miasto nieprzerwanie zamieszkane od dwóch i pół tysiąca lat, jest jedyną stolicą bez funkcjonującego lotniska i przedstawicielstw dyplomatycznych. Saudyjczycy najpierw zbombardowali lotnisko w 2015 roku i potem wielokrotnie bombardowali je ponownie – nawet kilkanaście razy tego samego dnia. Na lotnisku można wylądować. Czasem lądują tam samoloty WHO z lekarstwami czy szczepionkami przeciw cholerze. Czasem ląduje specjalny wysłannik ONZ Martin Griffiths. To Saudyjczycy kontrolują przestrzeń powietrzną kraju i decydują, czy samolot może lądować lub nie. Chorzy, których stać byłoby na leczenie poza granicami kraju, nie mają na to szans. Saudyjczycy kontrolują także granice morskie i powietrzne. Od szóstego listopada 2017 roku trwa całkowita blokada granic Jemenu.

To dla większości z nas zupełnie niewyobrażalne. Coś, co znamy z podręczników historii – oblężone miasta czy twierdze. Tutaj cały kraj jest w stanie oblężenia i wydostać się jest bardzo trudno. Chyba najbardziej oblężonym miastem w oblężonym kraju jest Taiz, niegdyś tętniące życiem, pełne studentów. Miasto, w którym chyba najłatwiej zginąć i z którego najtrudniej się wydostać. Jedyna droga z miasta wygląda jak ciasny wąwóz. Ruch tylko w jednym kierunku. Niektórzy mieszkańcy Taiz czy okolicznych wiosek, którzy stracili wszystko pod saudyjskimi bombami, koczują w grotach na obrzeżach albo ruszają pieszo w stronę stolicy. Takich wewnętrznych uchodźców może być w tej chwili w Jemenie około trzech milionów. Uszli z życiem, ale nie mają nic. Są całkowicie zdani na pomoc.

Niektórym z nich pomaga polskie Stowarzyszenie Szkoły dla Pokoju, organizacja pożytku publicznego we współpracy z dwiema miejscowymi jemeńskimi organizacjami.

Zestaw zwany koszykiem to najczęściej 25 kg mąki, po 10 kg ryżu i cukru, 2 l oleju i 1 kg mleka w proszku. To ratuje życie ośmiu osób przed śmiercią głodową przez miesiąc. „To taki odroczony wyrok śmierci”, mówią wolontariusze Stowarzyszenia.

„Nie wiadomo, co będzie za miesiąc. Teraz po prostu trzeba ratować każde ludzkie życie”. Gdy nie ma już okruchów chleba, które można rozmoczyć w wodzie lub coraz słabszej herbacie, pozostają rozgotowane liście winorośli, roztarte na kwaśną papkę. Głód można na krótko oszukać, ale powstaje dokuczliwa wysypka, której nie ma jak i czym leczyć. Na północy kraju w Aslam tysiące ludzi mogą być w takiej sytuacji. Tam też dotarły koszyki z żywnością polskiego Stowarzyszenia Szkoły dla Pokoju. „To żaden sukces”, mówią wolontariusze. „Jak wybrać pięćdziesiąt rodzin – bo akurat na tyle wystarczy pieniędzy – gdy dookoła są setki tysięcy potrzebujących?”, dodają.

To właśnie z Aslam pochodziła Amal Hussain, której zdjęcia obiegły świat w październiku ubiegłego roku. Prześliczny uśmiech, wielkie oczy, cieniutka skóra i same kości. Żadnego ciała, wspomina lekarz, który próbował ją ratować w mobilnej klinice w Aslam. Pielęgniarki próbowały karmić dziewczynkę mlekiem, ale wycieńczony organizm reagował jedynie biegunką i wymiotami. Amal zmarła z głodu.

Jemen to kraj, w którym dziesięcioletni chłopiec może ważyć osiem kilogramów, dwunastoletnia dziewczynka dziesięć, kobieta w trzecim trymestrze ciąży ciepło i tradycyjnie ubrana – trzydzieści osiem kilogramów. Nawet jeśli dziecko urodzi się w terminie, matka nie będzie w stanie go wykarmić.

Zdjęcia Amal czy ludzi gotujących, a potem jedzących liście winorośli co jakiś czas obiegają świat. Przez chwilę nie jest to zapomniana wojna. Tak było też w sierpniu zeszłego roku, gdy saudyjska koalicja zbombardowała szkolny autobus. Zginęło czterdziestu czterech chłopców. Czterdzieści cztery małe trumny były fotogeniczne. Tak samo jak mali chłopcy, którzy przeżyli atak i kopali groby dla swoich rówieśników. To było dziewiątego sierpnia – mało kto jednak pamięta, że w ciągu pierwszych dni miesiąca zginęło w Jemenie prawie pół tysiąca osób.

Broń najnowszej generacji produkowana przez amerykańskie i brytyjskie koncerny podobno jest tak precyzyjna, że może trafić w cel z dokładnością jednego metra. Zawsze jednak, gdy giną dzieci w szkołach, kobiety w domach czy szpitalach, komunikat amerykańskiej administracji jest ten sam: to był w pełni usprawiedliwiony cel militarny.

W kraju praktycznie bez państwa o wiarygodne statystyki trudno. Na podstawie tylko informacji medialnych ogólnie dostępnych dane gromadzi międzynarodowa grupa Armed Conflict Location & Event Data Project. Od początku wojny, to jest od marca 2015 roku mogło zginąć nawet sto tysięcy osób. Nalotów było ponad osiemnaście tysięcy.

„Co odpowiedzieć komuś, kto pisze, że nad jego domem nisko krążą samoloty F-16?”, pytają wolontariusze Stowarzyszenia Szkoły dla Pokoju. Koc nie ochroni przed bombami. Dzieci skulone pod kocem zamykają oczy. Uderzy? Poleci dalej? Więc nie dzisiaj. Nawet jeśli nie uderzy, trauma pozostanie. Tego nie będzie miał kto leczyć. To rzeczywistość rodzin, które nadal są w swoich domach i próbują żyć normalnie. Ludzie zakładają rodziny, rodzą się dzieci. Bo ile można czekać? Zwłaszcza, gdy nie wiadomo, na co się czeka.

Zwaśnione strony trudno posadzić przy jednym stole. Początkowo wewnętrzny konflikt stał się wojną z udziałem sił obcych. A wszystkim uczestnikom tej wojny ona zwyczajnie się opłaca. Nawet tym najmniejszym graczom. Wystarczy parę kałachów – a o broń w Jemenie zawsze było łatwo – kilku młodych chłopców i już punkt kontrolny na drodze. Nikt nie kontroluje zawartości pojazdów, bo przecież nie o to chodzi. Chodzi o opłaty, które można pobierać. Więc szkoda stracić takie źródło dochodu. Zwłaszcza, gdy nie ma innego.

Gdy nie ma nic, kusi obietnica szybkiej ścieżki do raju. Nastoletnich chłopców można werbować, właśnie kusząc obietnicą szybkiej ścieżki do raju. Można też uprowadzać siłą z domów czy sierocińców.

Dziesięciolatek dostaje opaskę z numerem na nadgarstek. To jego klucz do raju. Gdy zginie, zostanie pochowany jako męczennik. Jeśli nie zginie, będzie problemem nie tylko dla siebie i swojego kraju, ale także i dla nas wszystkich.

Bardzo brak silnego, konsekwentnego, polskiego głosu w sprawie Jemenu na arenie międzynarodowej. Biedni nie mają przyjaciół. To wiemy. Ale tu stawka jest dużo większa. Tam walczą najemnicy z innych krajów. Co najmniej trzydzieści tysięcy saudyjskich najemników z Sudanu. Teraz walczą w Jemenie. Nie mają nic do stracenia. Nic ich na tym świecie nie trzyma. Rodzice i rodzeństwo nie żyją. Mogą zabijać wszędzie, jeśli tylko ktoś zapłaci. Bo w sumie tylko to potrafią.

Jemen potrzebuje pomocy. Także naszej pomocy. Bo jak nie my, to kto? Ci, którzy sprzedają tam broń i na tym zarabiają? Im nie zależy na końcu tej wojny.

Stowarzyszenie Szkoły dla Pokoju (organizacja pożytku publicznego)
numer konta 34 1020 1156 0000 7902 0048 5227 Bank PKO BP S.A. www.szkolydlapokoju.pl

Na stronie głównej sprawozdania finansowe pokazują, że wszystko, co otrzymujemy, przekazujemy potrzebującym. Nie mamy biura ani żadnych kosztów biurowych, wszyscy jesteśmy wolontariuszami. Zapraszamy do śledzenia relacji z organizowania pomocy na naszej stronie, na Facebooku i Twitterze.

Artykuł Beaty Błaszczyk pt. „To potrwa najwyżej dwa tygodnie” znajduje się na s. 1 i 11 lipcowego „Kuriera WNET” nr 61/2019, gumroad.com.

Podziel się:

Bronisze: wysokie ce
Co czwarty pies ma u
EnglishIrishPolishRussianSpanish
EnglishIrishPolishRussianSpanish
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn