Jałtański podział okazuje się bardziej zabójczy dla tej wschodniej, „gorszej” strony, bo tak wybrano granice podziału

Polska nadal jest traktowana instrumentalnie, jako rezerwuar nieźle kwalifikowanej siły roboczej, źródło surowców i rynku zbytu, rezerw militarnych i ewentualnego terytorium działań na wypadek wojny.

Dariusz Brożyniak

Decyzja Wielkiej Trójki – Roosevelta, Churchilla i Stalina – z lutego 1945 roku „urządziła” Europę na dekady i otwierając szeroko odrzwia dla materialistycznego marksizmu zbudowanego na fundamencie tzw. naukowego światopoglądu, doprowadziła podzielony w ten sposób świat na krawędź nieznanego w tej skali kryzysu poznawczego.

Kryzys ten stał się bezprecedensowy z tego powodu, że znaleźliśmy się w sytuacji utraty – podstawowej dla homo sapiens – busoli. Duchowa potrzeba człowieka została zredukowana do funkcji jedynie przyjemności i rozrywki, a jej rola ograniczona do konsumpcji. Zatrzymany został tym samym naturalny proces intelektualnego cywilizowania się człowieka i zastąpiony bezrefleksyjnym rodzajem „myślenia fizjologicznego”, sprowadzonego do prostych pragnień i coraz bardziej dotkliwego strachu przed niemożnością ich spełnienia.

Ta brutalna amputacja, dokonana głównie przez zakwestionowanie wszelkiej wiary i istnienia jakiejś „tajemnicy”, wymagającej odpowiedzialności z perspektywą ostatecznego nieuchronnego rozliczenia „złego i dobrego”, wprowadza ludzki rodzaj coraz głębiej w stan braku respektu, a nawet pogardy dla wszelkiego autorytetu. Wszystko staje się możliwe, wszystko już „mieści się w głowie”.

Ten jałtański podział okazuje się być dziś jednak bardziej zabójczy dla tej wschodniej, „gorszej” strony, bo właśnie tak wybrano granice podziału. Mieliśmy zostać „mesjaszem” narodów, tymczasem społeczeństwa zachodnie, gdzie na fundamencie kultury rzymskiej chrześcijaństwo zostało usankcjonowane bez mała trzy wieki wcześniej, bronią się jakoś jeszcze przynajmniej swą obywatelską cywilizacją. Te kilkaset lat różnicy w obyczajach, kulturze codziennej i technicznej, powstałej z chwilą przyjęcia przez Mieszka I chrztu dopiero w roku 966, udało nam się na przestrzeni wielu wieków tak znakomicie zniwelować, że I Rzeczpospolita mogła stać się europejską awangardą.

Nawet pierwszym rozbiorem nie naruszono jeszcze jakże twórczego i kreatywnego polskiego poczucia wolności, a postępująca zachodnia dekadencja rewolucji francuskiej nie dokonała wyłomu w naszej duchowej witalności, dla której niewzruszone ramy, w najlepszym interesie wspólnoty, stanowiła katolicka religia. Wniesiony tym samym system wartości zawarty w pojęciu ‘Honor’, święte dobro wspólnoty w słowie ‘Ojczyzna’ i nade wszystko transcendentny Bóg tworzyły jeszcze do 1945 roku narodową opokę.

W I wojnie światowej żołnierz mógł jeszcze ginąć po rycersku, a zaraz później polskie aspiracje do odzyskania niepodległości, artykułowane takim właśnie językiem wartości, mimo pragmatyzmu epoki oświecenia, były jakoś rozumiane na światowych salonach.

Te trzy pojęcia stały się w końcu jedynym i ostatecznym już imperatywem dla tragicznego losu ostatnich polskich rycerzy – Żołnierzy Niezłomnych i Wyklętych. Tragicznego losu wyklęcia przez własną wspólnotę, dla obrony której, spełniając właśnie swój podstawowy obowiązek, nie złożyli broni do końca. (…)

[W] wyniku pojałtańskiej sowietyzacji doszło do podmiany, a następnie deprawacji części polskich elit jeszcze ocalałej po fizycznej eksterminacji. Deprawacja elit, obok spisku absolutystycznej Europy, była już jednym z zasadniczych powodów ostatecznego rozbioru Polski. Nie doszło jednak wtedy do ich zupełnej utraty i Polska była w stanie się podnieść i odrodzić.

Jałtański podział doprowadził już do pełnej podmiany elit na gremia władzy, które organicznie nie są w stanie wykrzesać z siebie szczerego poczucia polskiego interesu. Rządzą się jedynie partykularnym egoizmem, a więc ze szkodą i krzywdą innych, nie mieszczącym się zatem w kategorii żadnego prócz własnego interesu, tym bardziej wspólnotowego.

Chodzi wyłącznie o zaspokojenie swoich ambicji poprzez władzę i pieniądze. W tej „podmiance” nie ma miejsca na służbę pro publico bono, bo pseudoelity z definicji nie muszą się utożsamić z własną wspólnotą. Mogą równie dobrze służyć obcym. (…)

Obserwując podział dzisiejszych politycznych lobby w Polsce, można skonstatować tenże jałtański cień czwartego rozbioru Polski dokonanego 17 września 1939 r. przez Rosję i Niemcy i usankcjonowanego 4–11 lutego 1945 r. przez Wielką Brytanię i Stany Zjednoczone. Tak jak i wtedy, Polska nadal jest traktowana wyłącznie instrumentalnie, jako rezerwuar nieźle kwalifikowanej siły roboczej, źródło surowców lub rynku zbytu, kadrowych rezerw militarnych i ewentualnego terytorium działań na wypadek wojny.

Socjologicznie bardzo jest znamienne, że poszczególne obszary wpływów politycznych są „zabezpieczane” w Polsce niemalże klanowo, czy wręcz rodzinnie.

To skutecznie i nieprzypadkowo eliminuje z procesu decyzyjnego, czy choćby nawet doradczego ekspertów światopoglądowo i naukowo niezależnych. Podejmowane są bowiem działania, wydaje się, racjonalnie nie do pogodzenia z polską racją stanu, a zatem w czyimś innym, zewnętrznym interesie.

Świat, Europa nadal podtrzymują wszelkie stosunki dyplomatyczne zarówno z Rosją, jak i Białorusią. Jednak to Polska poddana jest najdotkliwiej białoruskim retorsjom, po zafundowaniu w centrum Warszawy willi na siedzibę dla ewentualnego przyszłego tymczasowego rządu (sic!). Najpierw w postaci zamknięcia wszystkich polskich placówek kultury i oświaty, by w końcu trafił do więzienia komplet polonijnych działaczy, i to bez żadnej realnej szansy na pomoc, czego się nawet specjalnie nie ukrywa.

Przy całej polskiej słabości to właśnie u nas działa latami, tuż przy granicy, prawnie mocno dyskusyjna, białoruska telewizja Biełsat. Na taki „luksus” mogła sobie onegdaj pozwolić jedynie struktura monachijska przy pełnym NATO-wskim zabezpieczeniu wywiadowczym, i to bezpośrednio amerykańskim. Teraz zmagamy się właściwie samotnie, od wielu już tygodni, jedynie znów poklepywani po plecach – a jakże – przez „Frontex”, z białoruską prowokacją graniczną na masową skalę.

Kawałek dalej, bo na sojuszniczej Litwie „państwo uchodźcy” wynajmują sobie mieszkania, by wygodnie (nie w izolowanym obozie!) poczekać na rozpatrzenie spraw i już bez „schengenowskiej” kontroli wjechać do Niemiec, gdzie trwają intensywne przygotowania do serdecznego ich przyjęcia.

Tak decydują litewskie sądy, w natowskim państwie i w obliczu realnego zagrożenia wojną hybrydową. Świat, niepomny, jak to w roku 2010 za obronę Gruzji jako jedyni zapłaciliśmy cenę bez precedensu i najwyższą z możliwych, wyraźnie sobie z nas pokpiwa, i to nie pierwszy raz w historii. (…)

Przesunięcie punktu ciężkości porządku jałtańskiego po 1989 roku nie kwestionuje, jak widać, jego zasady. Polska wprawdzie otrzymała teraz politycznie zmodyfikowaną rolę, ale będąca już w amerykańskich rękach stacja telewizyjna TVN, przekazując nadal postkomunistyczne treści w miksie z zachodnim lewackim antykulturowym neomarksizmem (także za kadencji Donalda Trumpa!), z tymi samymi postkomunistycznymi kadrami, blokując w zarodku lex TVN, wyraźnie wskazuje na nienaruszalność pewnych wpływów.

Te wpływy kształtują także konsekwentnie politykę historyczną i edukacyjną. Świadczy o tym dokonywana, pierwszy raz od zakończenia II wojny światowej i dramatycznie wbrew woli byłych więźniów, gruntowna przebudowa Muzeum Auschwitz, a także w podstawowym zakresie ahistoryczna ekspozycja Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Ekspozycja ta jest wprawdzie już od dwóch lat przedmiotem sądowego sporu z jej twórcami o prawa autorskie, ale były dyrektor, a obecnie wybrany szef IPN, dr Nawrocki, nie odważył się dotąd wnioskować o zamknięcie muzeum do czasu sądowego rozstrzygnięcia. Codziennie dziesiątki obywateli RP, szczególnie młodego pokolenia, wychodzi z muzeum, wynosząc z sobą w dalsze życie zmanipulowaną lub niekompletną wiedzę, multiplikując niepowetowane edukacyjne szkody.

Zachód dziś jest znów oszołomiony lewactwem. W drugim co do wielkości mieście Austrii – Grazu – wybory do Parlamentu Landu Styrii wygrała Komunistyczna Partia Austrii, jedna z najstarszych w Europie, bo powstała w 1918 roku.

Kiedy lewactwo wyszło ze Stanów Zjednoczonych jako sekciarski eksces, nie znajdując miejsca w anglosaskiej filozofii kapitalizmu, znalazło pożywkę wśród niemieckiego proletariatu. Eksportowane do Rosji, wpłynęło na zakończenie I wojny światowej, wywołując wśród niecywilizowanego ludu najbardziej krwawą rewolucję na świecie – z co najmniej 3 milionami ofiar sztucznego głodu na Ukrainie – by dwie dekady później odbić się rykoszetem w Niemczech w postaci narodowego socjalizmu budującego obozy koncentracyjne, na „wzór i podobieństwo”, z udoskonalonym technicznie „przemysłowym” mordowaniem ludzi.

To mordowanie ludzi dotyczyło jednak przede wszystkim „wschodu” objętego późniejszą jałtańską linią, słowiańskich „podludzi” według niemieckiej klasyfikacji. Nawet „wschodni Żydzi” byli „gorsi” od tych zachodnich.

Dziś, gdy do ponurego austriackiego „zamku śmierci” Hartheim, gdzie ofiarą niemieckich i austriackich zbrodniarzy padło 30 tysięcy zagazowanych i spalonych istnień, przyjeżdżają na doroczne uroczystości żałobne przedstawiciele dyplomatyczni 21 krajów, państwowa telewizja ORF poświęca temu wydarzeniu ledwie 17 sekund (sic!) swej relacji. Jak zatem należy traktować wszelkie słowa wygłoszone jednocześnie w Auschwitz przez prezydenta Austrii podczas właśnie składanej oficjalnej wizyty w Polsce? Czym może się skończyć lub czym przyjdzie nam zapłacić za doproszenie Austrii, a może nawet Niemiec, do „Intermarium”?

Cały artykuł Dariusza Brożyniaka pt. „Jałtańskie cienie” znajduje się na s. 5 listopadowego „Kuriera WNET” nr 89/2021.

© POLSKA-IE: MATERIAŁ CHRONIONY PRAWEM AUTORSKIM.
ZNAJDŹ NAS:
13 GRUDNIA ZAPRASZAM
Pracownicy biurowi p
EnglishGaeligePolskiУкраїнська
EnglishGaeligePolskiУкраїнська