Po obfitującym w wydarzenia tygodniu, w którym globalna polityka znów przypominała pole minowe, irlandzki rząd zbiera myśli i porządkuje priorytety. Ulgę przyniosło odsunięcie widma natychmiastowej wojny handlowej, ale nikt w Dublinie nie ma złudzeń, że świat po raz kolejny zadrżał, a pęknięcia w dotychczasowym porządku są coraz wyraźniejsze. W tym właśnie kontekście Irlandia przygotowuje się do jednej z najbardziej politycznie delikatnych wizyt roku, czyli wyjazdu taoiseacha Micheála Martina do Białego Domu z okazji obchodów dnia Świętego Patryka.
W ostatnich dniach na rządowych korytarzach często przywoływano słowa kanadyjskiego premiera Marka Carneya, który w Davos mówił o „pęknięciu” globalnego porządku, a ten diagnozowany kryzys nie jest dla Irlandii abstrakcją. Rozpad sojuszu transatlantyckiego, o którym mówi się już bez dyplomatycznych eufemizmów, stawia Europę przed pytaniem o własną samowystarczalność i o brakujących rozwiązaniach.
Premier Martin, komentując decyzję prezydenta Donalda Trumpa o wycofaniu się z dodatkowych ceł, nie krył, że Europa musi wyciągnąć teraz wnioski. Mówił o konieczności budowania autonomii na wszystkich płaszczyznach, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa, którego psychologię fundamentalnie zmieniła wojna w Ukrainie. Te słowa adresowane były do europejskich partnerów, ale ich echo wyraźnie wybrzmiewa także w przygotowaniach do wizyty w Waszyngtonie.
Irlandia pozostaje bowiem w niewygodnym rozkroku i jako mała, otwarta gospodarka nie może sobie pozwolić ani na demonstracyjną konfrontację z USA, ani na strategiczną ślepotę wobec europejskich debat o niezależności. Podstawą myślenia rządu w Dublinie pozostaje przekonanie, że relacje ze Stanami Zjednoczonymi trzeba utrzymać, nawet jeśli partner po drugiej stronie Atlantyku bywa coraz częściej nieprzewidywalny. Stąd nacisk na dialog i chłodną kalkulację, widoczny w działaniach ministrów.
To podejście ma jednak swoją polityczną cenę. W Dáil ponownie pojawiły się apele o odwołanie wizyty w Białym Domu. Ugrupowanie People Before Profit konsekwentnie domaga się zerwania z tradycją, a Partia Pracy poszła nawet o krok dalej. Jej liderka Ivana Bacik uznała, że taoiseach nie powinien brać udziału w tegorocznej ceremonii wręczenia koniczyny, a dodała, że administracja USA prezentuje „pełzający faszyzm”.
Pozostałe ugrupowania opozycyjne nie popierają dyplomatycznego afrontu. Sinn Féin i Socjaldemokraci podkreślają, że obecność premiera jako głowy państwa ma znaczenie symboliczne i praktyczne. Rząd nie pozostawia wątpliwości i podkreśla, że odmowa przyjęcia zaproszenia nie wchodzi w grę. Przygotowania trwają, a ich osią jest gospodarka, mówi się w komunikacie.
Premier Martin wielokrotnie podkreślał, że zdrowie irlandzkiej gospodarki w dużej mierze opiera się na dobrych relacjach z USA. To relacja dwukierunkowa, więc irlandzkie firmy tworzą miejsca pracy w Ameryce, a amerykańskie korporacje wielonarodowe zatrudniają w Irlandii tysiące osób. Wicepremier i minister finansów Simon Harris przypomniał natomiast, że irlandzkie przedsiębiorstwa dają pracę około 200 tysiącom ludzi w Stanach Zjednoczonych. Te liczby są dla rządu najtwardszym argumentem za utrzymaniem serdecznego tonu podczas wizyty i po jej zakończeniu.
Jednocześnie w Dublinie nikt nie ignoruje ryzyka, a już ubiegłoroczne spotkanie w Gabinecie Owalnym, odbywające się w cieniu awantury pomiędzy prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim a prezydentem Donaldem Trumpem pokazało, jak szybko kurtuazyjna wizyta może zamienić się w dyplomatyczny tor przeszkód. W tym roku napięcie jest inne, ale nie można nazwać go raczej mniejszym, a przynajmniej niższej rangi.
*
Jeżeli jednak spojrzymy na całą sytuację nieco z boku, to ujrzymy, że spór polityczny w Irlandii dotyczy dziś nie tyle samej wizyty, ile jej treści, czyli, co dokładnie taoiseach powinien powiedzieć podczas tej najważniejszej audiencji. Socjaldemokraci domagają się, by wykorzystał ją do wyraźnej obrony interesów Irlandii i Unii Europejskiej, a jak ujął to jeden z polityków, „to nie może być zwykła sesja zdjęciowa”. Ivana Bacik wzywa wręcz do zakończenia polityki ustępstw i porzucenia tonu kapitulacji wobec Trumpa, więc chce iść na ostre starcie z prezydentem USA.
Rząd oficjalnie studzi emocje i zaznacza, że celem wizyty będzie zaakcentowanie znaczenia relacji gospodarczych oraz stabilności. Nie zmienia to faktu, że zbliżająca się wizyta, stanie się testem politycznej zręczności Micheála Martina. Przed Irlandią pojawią się więc wizyta pełna napięcia, w której każde słowo premiera zostanie zważone, a każde przemilczenie lub zająknięcie zinterpretowane.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. CC BY-SA 4.0 David Kernan

