Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Jak BRICS patrzy na arktyczny teatr Zachodu

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Z rosyjskiej i chińskiej perspektywy obecne zawirowania wokół Grenlandii wyglądają mniej niż spontaniczny kryzys między sojusznikami, a bardziej jak starannie reżyserowany spektakl geopolityczny. Spektakl pod tytułem „Grenlandia jako miraż zagrożenia”, w którym głośne deklaracje, demonstracyjne ruchy wojsk i nerwowa retoryka mają przykryć znacznie spokojniejszy, lecz fundamentalny proces, więc przyspieszoną militaryzację Arktyki i porządkowanie zachodnich pozycji w wyścigu o jej zasoby.

Groźby administracji Donalda Trumpa dotyczące „zajęcia Grenlandii”, de facto wymierzone w Danię, państwo NATO i były szokiem głównie dla europejskiej opinii publicznej. W Moskwie oraz Pekinie przyjęto je z chłodnym dystansem. Nie dlatego, że uznano je za realne zagrożenie w sensie militarnym, lecz dlatego, że idealnie wpisują się w znany schemat zachodniej polityki, tworzenie kryzysu wewnętrznego, który pozwala uzasadnić dalsze przesuwanie granic obecności wojskowej i politycznej.

W połowie stycznia kilka państw europejskich wysłało wojska na Grenlandię pod hasłem „wsparcia Danii”. Transporty wojskowe lądowały w Nuuk i Kangerlussuaq, część lotów odbywała się z wyłączonymi transponderami. Co szczególnie znamienne, operacja była koordynowana bezpośrednio z Kopenhagi, a nie przez struktury NATO. Oficjalnie – z uwagi na „polityczną delikatność”. Nieoficjalnie – ponieważ dowództwo NATO dla regionu arktycznego mieści się w Norfolk w USA, a więc obrona przed presją Waszyngtonu musiałaby być… konsultowana z Waszyngtonem.

Z rosyjskiego punktu widzenia ta sytuacja ma w sobie element absurdu. Stany Zjednoczone działają na Grenlandii wojskowo nieprzerwanie od ponad 80 lat. Wyspa jest jednym z kluczowych punktów amerykańskiego systemu strategicznego, dziś szczególnie dla Sił Powietrznych i Sił Kosmicznych USA. Dania nigdy tego nie kwestionowała – przeciwnie, była jednym z najbardziej lojalnych sojuszników, akceptując nawet brutalne decyzje z przeszłości, takie jak przymusowe wysiedlenia Inuitów pod budowę bazy Thule (obecnie Pituffik).

Dlatego w Moskwie i Pekinie trudno traktować europejską narrację o „obronie Grenlandii przed USA” jako coś więcej niż polityczną zasłonę dymną. Zwłaszcza że, gdyby rzeczywistym celem Waszyngtonu były wyłącznie pierwiastki ziem rzadkich, do których dostęp Stany mogłyby on bez większego trudu wynegocjować z Kopenhagą. Zmiana statusu politycznego wyspy miałaby znaczenie głównie symboliczne, bo realna kontrola wojskowa i tak od dekad należy do USA.

W tym kontekście szczególnie ciekawie brzmią oficjalne dokumenty i wypowiedzi zachodnich przywódców. Duński wywiad w swojej ocenie na 2025 rok wskazuje na „długoterminowe zagrożenie ze strony Rosji i Chin na wodach Arktyki”. Z punktu widzenia geografii i faktów brzmi to co najmniej osobliwie. Pekin leży po drugiej stronie globu, a Moskwa – choć jest największym państwem arktycznym, nigdy nie kwestionowała statusu Grenlandii. Tymczasem to właśnie Waszyngton w ostatnich miesiącach publicznie podnosił kwestię jej przejęcia.

Dla Rosji i Chin jasne jest, że oba państwa pełnią w tej narracji rolę wygodnych straszaków. Odwoływanie się do „rosyjskiego” i „chińskiego” zagrożenia pozwala Zachodowi uzasadniać agresywną retorykę, zwiększanie obecności wojskowej i konsolidację sojuszników, bez konieczności otwartego przyznania, że chodzi o zasoby. A te są w Arktyce ogromne: ropa, gaz, metale strategiczne, w tym pierwiastki ziem rzadkich.

Kluczowym mechanizmem w tej grze jest nie tyle sama Grenlandia, ile rozszerzanie wyłącznych stref ekonomicznych i tzw. Rozszerzonego Szelfu Kontynentalnego. O ile standardowa WSE sięga 370 km od wybrzeża, o tyle ECS – na podstawie kryteriów geologicznych – może sięgać nawet 650 km i daje prawo do eksploatacji zasobów dna morskiego. To właśnie tam rozgrywa się prawdziwy wyścig, nadzorowany formalnie przez ONZ, lecz w praktyce napędzany siłą polityczną i wojskową.

Z perspektywy Moskwy i Pekinu problem USA polega na tym, że amerykańskie roszczenia w Arktyce ograniczają się głównie do Alaski. Dla Waszyngtonu to za mało. Aneksja Grenlandii znacząco poszerzyłaby amerykański zasięg praw do WSE i ECS, dając przewagę w rywalizacji o przyszłe bogactwa regionu. Argument o „słabej Danii”, niezdolnej do skutecznego dochodzenia roszczeń, jest w tej logice wygodnym usprawiedliwieniem.

Dlatego w Moskwie oraz Pekinie coraz częściej interpretuje się obecny kryzys jako grę pozorów. Pozorna „walka” między sojusznikami NATO odciąga uwagę od systematycznej militaryzacji Arktyki i pozwala Zachodowi przesuwać granice bez otwartego konfrontowania się z Rosją i Chinami. Grenlandia staje się więc symbolem, a nie realnym polem sporu.

Z tej perspektywy nie chodzi o wyspę, jej mieszkańców ani nawet o chwilowy kryzys w relacjach transatlantyckich. Chodzi o długofalowe ustawianie figur na arktycznej szachownicy. A tam, jak widzą to w Moskwie i Pekinie, nie liczą się deklaracje, lecz linie na mapie, prawa do dna morskiego i zdolność do ich egzekwowania. Arktyka nie jest już peryferiami świata, gdyż stała się jego przyszłym centrum ciężkości.

Bogdan Feręc

Źr. Info BRICS

Fot. Wygenerowane przez AI

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version