Gdy Bruksela ogłasza historyczne porozumienie, Dublin słyszy raczej zgrzyt niż okrzyki radości, bo umowa handlowa UE–Mercosur, zatwierdzona większością głosów przez państwa członkowskie Unii Europejskiej, odsłoniła wyraźną linię podziału w Europie, a szczególnie mocno wybrzmiała w Irlandii, kraju, który żyje z wolnego handlu, ale który jednocześnie boi się jego kosztów.
Irlandia znalazła się w gronie pięciu państw, które na posiedzeniu w Brukseli zagłosowały przeciwko porozumieniu z Argentyną, Brazylią, Paragwajem i Urugwajem. Dwudziestu członków UE poparło umowę, Belgia wstrzymała się od głosu, co wystarczyło do osiągnięcia kwalifikowanej większości. Procedura ruszyła dalej, lecz sprawa bynajmniej nie jest zamknięta. Ostateczne słowo należy do Parlamentu Europejskiego, który ma głosować wiosną.
Dla Komisji Europejskiej to jednak moment triumfu i przewodnicząca Ursula von der Leyen mówi o „historycznej umowie”, dowodzie na to, że Europa potrafi wytyczać własny kurs i pozostaje wiarygodnym partnerem handlowym. Zapowiedziała także swój udział w ceremonii podpisania porozumienia w Paragwaju. Bruksela patrzy na Mercosur jak na geopolityczną szansę, czyli dostęp do wielkiego rynku, dywersyfikację relacji handlowych i sygnał wysłany w świat, że UE nie zamyka się w protekcjonistycznej twierdzy.
W Irlandii narracja jest powściągliwa i sprzeciw rządu nie wynika z ideologicznej niechęci do wolnego handlu – przeciwnie, Dublin od lat jest jego gorącym orędownikiem. Problem leży gdzie indziej, a konkretnie w obawie, że liberalizacja handlu z krajami Ameryki Południowej uderzy w irlandzkie rolnictwo i podważy standardy, których przestrzegania Unia Europejska wymaga od własnych producentów. Wicepremier Simon Harris wyraźnie studził entuzjazm, podkreślając, że przyjęcie umowy „nie jest jeszcze przesądzone”. Jego słowa były zarazem politycznym sygnałem do Brukseli i do irlandzkiej opinii publicznej, że Parlament Europejski jest niezależny, a Komisja Europejska nie powinna zakładać automatycznego sukcesu. Harris nie wykluczył poparcia porozumienia w przyszłości, ale tylko pod warunkiem „zmian i ulepszeń”, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa żywności i parytetu standardów środowiskowych.
Ten argument wraca w irlandzkiej debacie jak refren, a rząd podkreśla, że wolny handel ma sens tylko wtedy, gdy nie zmusza europejskich rolników do konkurowania z produktami wytwarzanymi według niższych norm. W kraju, gdzie sektor rolno-spożywczy jest filarem gospodarki i elementem tożsamości narodowej, to nie jest marginalny lęk, lecz polityczny konkret.
Sytuację komplikuje fakt, że irlandzka scena polityczna nie mówi jednym głosem – nawet wewnątrz partii rządzących. Minister kultury Patrick O’Donovan zapowiedział, że europosłowie Fianna Fáil i Fine Gael sprzeciwią się umowie w Parlamencie Europejskim, powołując się na program rządu i decyzję ministra rolnictwa o niepoparciu porozumienia. Formalnie jednak europosłowie nie są związani instrukcjami krajowych władz. Statut Posłów jasno stwierdza, że głosują oni indywidualnie i nie otrzymują wiążącego mandatu.
Ten rozdźwięk stał się widoczny w wypowiedziach europosłanki Fine Gael z Dublina Reginy Doherty, która zapowiedziała głosowanie za umową. Jej argumentacja odsłania inną irlandzką perspektywę, czyli potrzebę dywersyfikacji rynków i wsparcia dla sektorów takich jak farmacja, technologie czy przetwórstwo rolno-spożywcze. Doherty zwróciła uwagę na wysiłki premiera Micheála Martina na rzecz poszukiwania nowych partnerów handlowych.
W tle tej debaty rysuje się klasyczne irlandzkie napięcie między interesami obszarów wiejskich a bardziej otwartym, globalnie myślącym Dublinem. Rząd, jak przyznała sama Doherty, musi „reprezentować całą wyspę”, a poglądy poszczególnych społeczności nie zawsze są zbieżne. To napięcie sprawia, że stanowisko Irlandii wobec UE–Mercosur jest ostrożne, momentami wręcz ambiwalentne.
Jedno jest pewne, że przed głosowaniem w Parlamencie Europejskim należy spodziewać się intensywnego lobbingu, zwłaszcza ze strony organizacji rolniczych. Irlandia, choć ma niewielką liczbę europosłów, może odegrać rolę symbolicznego hamulca, przypominając, że wolny handel to nie tylko wykresy wzrostu, lecz także pytania o standardy, sprawiedliwość i polityczną odpowiedzialność.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Public domian QuimGil

