Irlandia – kraina deszczu, mgły i umiarkowania – ma według części ekspertów zmierzać ku epoce ekstremów pogodowych. Tak przynajmniej twierdzi klimatolog państwowej służby meteorologicznej Met Éireann Paul Moore. Jeśli nie odejdziemy od paliw kopalnych, ostrzega, czekają nas częstsze powodzie, silniejsze burze i coraz bardziej kapryśna aura. Brzmi groźnie, ale ile w tym twardej wiedzy, a ile ducha czasu…
Moore swoje tezy formułuje w momencie symbolicznym, gdy unijna służba Copernicus potwierdziła właśnie, że rok 2025 był trzecim najcieplejszym w historii pomiarów. To fakt, choć warto pamiętać, że „historia pomiarów” to ledwie ułamek historii klimatu jako takiego. Mimo to klimatolog nie ma wątpliwości, bo im wyższe temperatury, tym więcej ekstremów. Atmosfera, jak tłumaczy, magazynuje więcej wilgoci, a to ma skutkować intensywniejszymi opadami i powodziami.
W tej opowieści kluczowy jest próg 1,5°C globalnego ocieplenia względem epoki przedindustrialnej. Miał być bezpieczną granicą, którą da się utrzymać dzięki redukcji emisji. Teraz słyszymy, że się nie udało, więc „podążamy w tym kierunku w przyspieszonym tempie”. Brzmi to, jak narracja o nieuchronnym poślizgu w dół zbocza, tyle że granice te są konstruktem polityczno-naukowym, a nie magiczną linią oddzielającą stabilność od chaosu.
Pan Moore powołuje się także na tzw. szybkie badania atrybucyjne prowadzone w Centrum Badań Klimatycznych ICARUS na Uniwersytecie w Maynooth. Według nich opady w Wexford podczas burzy Claudia miały być o 12 proc. intensywniejsze z powodu ocieplenia klimatu i „dwa razy bardziej prawdopodobne”. To ciekawe, ale i tu warto zachować ostrożność, ponieważ badania atrybucyjne, choć coraz popularniejsze, opierają się na modelach i założeniach statystycznych, które nie są wolne od niepewności. Podobnie brzmią dane o „najcieplejszym lecie w historii Irlandii” i teza, że coś, co kiedyś zdarzało się raz na 600 lat, dziś ma miejsce raz na 15 lat. To efektowne liczby, ale w publicznej debacie rzadko towarzyszy im spokojna refleksja nad zakresem błędu, długością serii danych czy naturalną zmiennością klimatu północnego Atlantyku, który od wieków potrafił zaskakiwać.
Do chóru ostrzeżeń dołącza doradca ds. polityki publicznej Oisín Coughlan. Jego zdaniem zmiany klimatyczne postępują szybciej, niż przewidywały modele przy podpisywaniu Porozumienia Paryskiego. Jednocześnie podkreśla on dynamiczny rozwój technologii, zwłaszcza energii słonecznej, dziś najtańszego źródła energii elektrycznej na świecie. Problemem ma być nie technologia, lecz polityka, która „nie nadąża”.
I tu narracja zmienia ton, bo zamiast katastrofy pojawia się obietnica. Tańsza energia, mniejsze uzależnienie od rosyjskich paliw kopalnych, cieplejsze domy, niższe rachunki. Brzmi niemal jak broszura informacyjna. Coughlan przyznaje jednak, że „wyzwaniem jest dotarcie tam” i że koszty transformacji trzeba rozłożyć sprawiedliwie, zwłaszcza wobec osób dotkniętych ubóstwem energetycznym.
Na koniec pada argument infrastrukturalny, że Irlandia nie jest przystosowana do klimatu, w którym się znajduje. To stwierdzenie trudno podważyć, choć można zapytać, czy kiedykolwiek była w pełni „przystosowana”? Wyspa na skraju Atlantyku zawsze żyła w cieniu sztormów, powodzi i kaprysów pogody. Nowością nie jest sama zmienność, lecz sposób, w jaki dziś ją interpretujemy, głównie przez pryzmat globalnych modeli i politycznych zobowiązań.
Czy Irlandii grozi więc pogodowa apokalipsa? Być może czekają ją trudniejsze lata, być może częstsze powodzie, ale między naukową ostrożnością a alarmistycznym tonem istnieje przestrzeń na chłodną analizę. Klimat się zmienia, to niemal pewne, jednak znacznie mniej pewne jest to, czy każdą burzę i każdy deszcz musimy natychmiast wpisywać w scenariusz nieuchronnej katastrofy. W świecie, który coraz częściej myli prognozę z proroctwem, sceptycyzm pozostaje cnotą, nie grzechem.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Silas Baisch on Unsplash

