Władze Iranu postanowiły zakończyć wszelkie spekulacje i nie będzie żadnych negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi. Koniec, kropka, a jak komuś się marzy inny scenariusz, to nie w Teheranie. Wiceminister spraw zagranicznych Abbas Araghchi powiedział to wprost w państwowej irańskiej telewizji, bez cienia dyplomatycznych uśmiechów. Stwierdził, że Iran stoi teraz na fundamencie „kontynuowania oporu”, a rozmowy z Waszyngtonem, zwłaszcza teraz, gdy konflikt w Zatoce Perskiej wszedł już w czwarty tydzień, byłyby niczym innym jak przyznaniem się do porażki, a jak zaznaczył, Iran robić tego nie zamierza.
Deklaracja nie pojawiła się w próżni, bo chwilę wcześniej Donald Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone przedstawiły Teheranowi plan pokojowy. W Waszyngtonie brzmi to dumnie, ale w Iranie odebrano to raczej jak próbę narzucenia woli zwycięzcy. Biały Dom, ustami swojej rzeczniczki Karoline Leavitt wypuścił komunikaty tak ostre, że aż iskrzyło. Z jej słów można było wyczytać, że jeśli Iran nie uzna się za pokonany militarnie, Amerykanie „rozpętają piekło”, a Trump „nie blefuje”.
W tej atmosferze trudno się dziwić, że w Teheranie zrobiło się twardo i nieprzejednanie, choć dzieje się to w momencie, gdy kilka krajów próbuje mediować, w tym Pakistan, Turcja, Egipt. Nawet USA twierdzą, że „rozmowy trwają”, a 15-punktowa propozycja przekazana przez Pakistan, ciągle krąży między gabinetami. Pakistańscy urzędnicy dostają sprzeczne sygnały, w Teheranie jedni mówią, że propozycja jest rozpatrywana, natomiast inni, że rozmowy to zdrada dyplomacji, zdrada wszystkiego, co budowano latami.
W tej kakofonii najbardziej stanowczo brzmią głosy wojskowych i Ebrahim Zolfaqari z irańskiego dowództwa wojskowego rzucił w telewizji pytanie, które w innym kontekście mogłoby brzmieć jak filozoficzna prowokacja: „Czy poziom twojej wewnętrznej walki osiągnął już etap negocjacji z samym sobą?”, a potem dobitnie uciął, że ludzie tacy jak oni nie siadają do stołu z ludźmi takimi jak Amerykanie – ani teraz, ani nigdy. W ślad za nim rzecznik MSZ Esmail Beghaei, mówiąc z Indii, uznał rozmowy z USA za bezsens, zdradę dyplomacji i coś, czemu absolutnie nie można zaufać. W Teheranie słowo „negocjacje” zaczęło brzmieć jak bluźnierstwo, dodał.
Tymczasem na froncie trwa pełnowymiarowy chaos i Izrael atakuje irańskie cele wojskowe, a irańskie drony i rakiety lecą na Izrael oraz bazy USA w całym regionie od Kuwejtu po Jordanię. Pentagon szykuje wysłanie tysięcy żołnierzy powietrznodesantowych do Zatoki Perskiej, a potężne jednostki Marines już płyną w stronę regionu. Cieśnina Ormuz jest w praktyce zamknięta dla świata, otwarta tylko dla irańskiej ropy i nielicznych sojuszniczych statków. Globalne rynki zareagowały jak zwykle – nerwowo i chciwie jednocześnie, a ceny ropy spadły na wieść o możliwości porozumienia, choć nikt tak naprawdę nie wie, czy jest co świętować.
W tym wszystkim pojawia się jeszcze Izrael, nerwowo przyglądający się amerykańskim negocjatorom, czy aby nie dadzą z siebie zrobić marionetek, czy nie pójdą na ustępstwa, które dla Tel Awiwu byłyby zwyczajnie niebezpieczne. Izraelscy urzędnicy mówią, że działania „toczą się jak zwykle”, jakby chcieli uspokoić własną opinię publiczną, ale każdy widzi, że nic nie wygląda już zwyczajnie. Bombardowania w Teheranie, ataki na obiekty stoczniowe, redukowanie amerykańskich lotniskowców do roli ruchomych celów, to jest rytm wojny, która wciąż przyspiesza, a nie zwalnia.
Sytuacja jest tak paradoksalna, że aż trudno uwierzyć, że z jednej strony Iran deklaruje, że żadnych rozmów nie będzie, a z drugiej, opóźnia formalną odpowiedź na plan pokojowy, jakby chciał zostawić sobie ostatnie uchylone drzwi. Z trzeciej zaś, strona amerykańska mówi, że rozmowy trwają. Prawda jest taka, że każdy gra tu na czas, każdy gra na odbiorców wewnętrznych i każdy boi się wyglądać na tego, który pierwszy mrugnie.
Jedno, co można teraz powiedzieć bez obaw o przekłamanie, to że linia Teheranu jest nieugięta, przynajmniej teraz nie będzie negocjacji, nie będzie wyciągania ręki do Waszyngtonu, gdy spadają bomby, a Zolfaqari mówi, że do rozmów nie siada się z wrogiem, którego celem. W opinii samych Irańczyków celem USA jest upokorzenie Iranu, a nie pokój.
Na razie więc dyplomacja stoi w miejscu, jeżeli nie użyć stwierdzenia, że poległa, chociaż wszyscy dookoła gorączkowo próbują udawać, że jest inaczej. Świat natomiast patrzy, bo stawka tej rozgrywki dawno wyszła poza samą Zatokę Perską, bo tam nikt nie walczy tylko o teren. Walka toczy się o obraz siły, a tego nikt nie oddaje w negocjacjach, zwłaszcza gdy dopiero co powiedział całemu światu, że negocjować nie zamierza.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. CC 0 Mostafameraji

