Instytucja w sosie własnym

W kilkunastu ostatnich miesiącach obserwuję niepokojący trend, a ten przejawia się „polubieniem wsobnym”, czyli niską ekspansją na świat zewnętrzny.

Do niedawna, a zarówno gospodarką, jak i jej wydarzeniami, interesuję się od lat, podobnie, jak polityką, więc widoczne są dla mnie różnice, jakie zaszły w komunikacji ze zwykłym człowiekiem. Właśnie jeszcze kilkanaście miesięcy temu, prezentując wydarzenia z zakresu gospodarki, czyli zapowiedzi i relacje, używane w przekazie konstrukcje słowne, skierowane były do szerokiego grona odbiorców, co oznacza, że nawet człowiek nieobyty ze specjalistycznym słownictwem, spokojnie mógł zrozumieć przekaz.

Jakiś czas temu zaczęło się to zmieniać i twórcy, a mówię to przez duże „tfu”, prześcigają się w uatrakcyjnieniu treści i używają słów bardzo trudnych, zrozumiałych wyłącznie dla wąskiej grupy przedstawicieli ich świata. Czasami pozwalam sobie też na komentarz, że używają słów powszechnie używanych za obelżywe, ale to tylko wtedy, kiedy rozmawiam z takim młodym wilkiem informacyjnym, a ten błysnąć chce swoją erudycją.

Przyznam bez żadnego skrępowania, że i ja nie jeden raz, mam problemy ze zrozumieniem słów lub całych konstrukcji słownych, co z kolei daje mi podstawę, by sądzić, iż autorzy niektórych teksów, specjalnie wyszukują je w słownikach słów dziwacznych, co ma pokazać ich wiedzę z zakresu, jaki opisują.

Nic bardziej mylnego, gdyż o ile tekst ma być zrozumiany, a i trafić do szerokiego grona odbiorców, powinien być napisany językiem prostym, a zawarte tam specjalistyczne nazwy i stwierdzenia przetłumaczone na język ludzki.

Z całą pewnością autor analizy „specjalistycznie specjalistycznej”, nie trafi, ani nie zatrzyma przy sobie odbiorcy, któremu na siłę wciskać będzie swoją wydumaną językową ekwilibrystykę i wyrażenia znane tylko słownikom wyrazów trudnych oraz obcych.

Tak doszliśmy do sedna problemu, bo ten też jest zauważalny, a wpływa na nas wszystkich, albowiem przez takie właśnie działania, odstręcza się ludzi od czytania, o sprawach niejednokrotnie bardzo ważnych. Pisząc tekst noszący znamiona inteligentnie-specjalistycznego, autor chce zazwyczaj zasygnalizować jakiś istotny szczegół, więc rozpisuje się setkami znaków, by tylko wypełnić treść gazetowej albo internetowej strony. Tu jednak popełnia błąd, bo zaczyna nudzić czytelnika, czyli daje mu powód, żeby gazetę odłożyć, a stronę zamknąć.

Właśnie to stało się przyczynkiem do analizy, jaką prowadzę od przynajmniej kilkunastu miesięcy, a koncentruję się na mediach społecznościowych, gdzie publikuje się zapowiedzi tekstów, a i odnośniki do pełnych artykułów.

Autor takiego, licząc na społeczny poklask, czeka więc na polubienia i komentarze, a te się pojawiają. W tych zauważam właśnie pewną prawidłowość, czyli „polubienia wsobne”, bo dają je osoby związane z firmą, dla której pracuje autor, organizatorzy imprezy albo znajomi płodnego w swym dziele gmatwania rzeczywistości, twórcy tekstu.

Niestety nie uświadczy się pod tekstami komentarzy zwykłych ludzi ani ich polubień, co jasno wskazuje, że informacje, nie docierają tam, gdzie powinny.

Tak działa wiele instytucji, bo te głównie posługują się specjalistycznym nazewnictwem prezentowanym na seminariach i eventach, a patrząc na nasze dwa podwórka, nie jest wolna od takich zachowań ani Polska, ani też Irlandia.

Co w takim razie oznacza takie działanie? Brak informacji dla osób i firm, które mogłyby zainteresowane być wydarzeniem albo rozwinąć skrzydła, czerpiąc wiedzę ze specjalistycznego tekstu, opisującego wąską dziedzinę gospodarki, wiec być dla nich drogowskazem. Uznaję to za kolejny błąd instytucji, które mają wspierać przedsiębiorców, głównie małych i średnich.

Bogdan Feręc

Polska-IE
EnglishIrishPolishRussianSpanish
EnglishIrishPolishRussianSpanish