Rządowy program automatycznego zapisu do systemu emerytalnego, znany pod nazwą „My Future Fund”, wkroczył właśnie w kluczową fazę weryfikacji. Pierwszego lipca oficjalnie otwarto dwumiesięczne okienko, dające uczestnikom możliwość rezygnacji i opuszczenia programu. Choć dla niektórych konieczność odprowadzania składek w dobie napiętych budżetów domowych okazała się barierą nie do przebycia, pierwsze twarde dane pokazują jednoznacznie: masowego exodusu nie ma, a ludzie wolą budować poduszkę finansową na starość.
Jak wynika z najnowszych danych przekazanych przez National Automatic Enrolment Retirement Savings Authority (NAERSA) – instytucję odpowiedzialną za zarządzanie funduszem – na rezygnację z udziału w programie zdecydowało się dotychczas niespełna 5000 osób. Dokładna liczba to 4997 uczestników, z czego niemal połowa, bo aż 2404 osoby, złożyła stosowny wniosek już w ciągu pierwszych 24 godzin od uruchomienia systemu.
Kolejnych 1583 pracowników znajduje się obecnie w trakcie tak zwanego okresu wyciszenia. Urzędnicy podkreślają jednak, że po początkowym, przewidywalnym szturmie, dynamika rezygnacji gwałtownie spadła już drugiego dnia. Co ważne, dopóki nie upłynie formalny czas na definitywne odstąpienie od umowy, każdy ma prawo wycofać swój wniosek i powrócić do oszczędzania.
Liczby te nabierają właściwego kontekstu dopiero wtedy, gdy zestawimy je z ogólną skalą przedsięwzięcia. Od początku roku do „My Future Fund” zapisało się bowiem ponad 800 tysięcy osób, w tym 9 tysięcy takich, które podjęły tę decyzję całkowicie dobrowolnie. Wspólnym wysiłkiem uczestnicy zdołali już zgromadzić imponującą kwotę przekraczającą 400 milionów euro. W tym świetle grupa rezygnujących stanowi zaledwie marginalny ułamek całości. Rzeczniczka ds. emerytur w Irlandzkim Kongresie Związków Zawodowych (ICTU) dr Laura Bambrick zauważa, że odsetek osób opuszczających program oscyluje wokół zaledwie pół procent wszystkich zarejestrowanych. Jej zdaniem taki scenariusz był całkowicie do przewidzenia.
Dla części pracowników, zwłaszcza tych zmagających się z bieżącymi kosztami życia, odłożenie jakiejkolwiek kwoty na odległą przyszłość bywa dziś luksusem. Ekspertka dodaje również, że część osób rezygnuje z rządowego funduszu tylko dlatego, że decyduje się na transfer środków do tradycyjnych, przyzakładowych programów emerytalnych oferowanych przez ich pracodawców.
Przedstawiciele NAERSA podchodzą do obecnych statystyk ze spokojem, przyznając, że fala odmów okazała się znacznie niższa, niż pierwotnie zakładano w prognozach. Mimo to urząd apeluje o rozwagę i dokładne przemyślenie każdego kroku, przypominając o bezprecedensowej architekturze finansowej „My Future Fund”. System opiera się na unikalnym mechanizmie dopłat: za każde 3 euro, które pracownik zdecyduje się potrącić ze swojej pensji, pracodawca ma obowiązek dołożyć kolejne 3 euro, a państwo dorzuca od siebie ekstra 1 euro. W praktyce oznacza to, że na koncie emerytalnym uczestnika ląduje aż 7 euro przy realnym wkładzie własnym na poziomie niespełna połowy tej kwoty.
Wycofując się z programu, pracownicy automatycznie tracą prawo do tych dodatkowych profitów, w tym do obowiązkowej składki pracodawcy, która na ten moment wynosi 1,5% wynagrodzenia brutto. W dłuższej perspektywie drastycznie obniża to realną wartość i siłę nabywczą każdego zaoszczędzonego samodzielnie euro.
Dla tych, którzy mimo wszystko zdecydowali się na krok wstecz, system pozostawia jednak otwartą furtkę. Osoba opuszczająca fundusz może wskazać dowolną datę w ciągu najbliższych 24 miesięcy na ponowne wpisanie się na listę, bądź też – po upływie dwóch lat – zostanie do niego zapisana automatycznie, o ile wciąż będzie spełniać kryteria formalne. Wygląda więc na to, że program automatycznych emerytur zyskał solidny mandat zaufania, a system dopłat skutecznie przekonał zdecydowaną większość społeczeństwa, że na jesień życia warto zacząć odkładać już dziś.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by Vitaly Gariev on Unsplash

