Grenlandia, największa wyspa świata i jedno z najmniej zaludnionych miejsc globu, niespodziewanie znalazła się w centrum geopolitycznej burzy. W ostatnich dniach powrócił bowiem temat, który wielu uznawało za polityczną ciekawostkę sprzed lat: chęć przejęcia Grenlandii przez Stany Zjednoczone. Tym razem jednak ton wypowiedzi płynących z Waszyngtonu oraz reakcje europejskich sojuszników sprawiają, że sprawa przestaje być anegdotą, a zaczyna pachnieć realnym kryzysem.
Irlandzki premier Micheál Martin zareagował jednoznacznie. Grenlandia, jak podkreślił, „jest częścią Danii, a Unia Europejska mocno ją wspiera”. W jego ocenie w tej sprawie „musi zwyciężyć zdrowy rozsądek”. Wypowiedź padła w Szanghaju, podczas oficjalnej wizyty, ale jej adresatem był przede wszystkim Waszyngton. Martin jasno zaznaczył, że integralność terytorialna Grenlandii pozostaje wyłączną sprawą Królestwa Danii oraz samych mieszkańców wyspy, a pomysł jej zakupu przez USA uznał za „nierealistyczny i niemożliwy”.
Tymczasem w Stanach Zjednoczonych temat wyraźnie żyje. Prezydent Donald Trump ponownie powtórzył, że chciałby przejąć kontrolę nad Grenlandią – ideę, którą po raz pierwszy publicznie sformułował w 2019 roku. Argumenty pozostają te same: strategiczne znaczenie wyspy dla bezpieczeństwa USA, obecność amerykańskiej bazy wojskowej oraz przekonanie, że Dania nie robi wystarczająco dużo, by chronić Arktykę. Nowością jest jednak język, bo Biały Dom przyznał, że „rozważa wszystkie opcje”, włącznie z działaniami militarnymi.
Sekretarz stanu Marco Rubio próbował tonować nastroje, podkreślając, że pierwszym wyborem administracji zawsze jest dyplomacja. Jednocześnie jednak zaznaczył, że każdy prezydent ma prawo sięgnąć po środki militarne, jeśli uzna to za konieczne dla bezpieczeństwa narodowego. Zapowiedział też spotkanie z duńskimi urzędnikami, które ma „wyjaśnić nieporozumienia”. Słowa te, zamiast uspokoić, tylko pogłębiły niepokój w Europie.
Dania nie kryje obaw, że eskalacja tej retoryki może doprowadzić do poważnego kryzysu w NATO. Ewentualne użycie siły wobec Grenlandii oznaczałoby bowiem de facto rozpad sojuszu – atak na terytorium objęte ochroną NATO uruchomiłby Artykuł Piąty, zobowiązujący państwa członkowskie do wspólnej obrony. To scenariusz, którego europejscy przywódcy nie chcą nawet rozważać.
Irlandzka minister spraw zagranicznych Helen McEntee była w swoich słowach jeszcze bardziej kategoryczna. „Grenlandia nie jest na sprzedaż i nie można jej brać” – stwierdziła, podkreślając, że o przyszłości wyspy mogą decydować wyłącznie jej mieszkańcy. Jej zdaniem ostatnie wypowiedzi płynące z USA są „niezwykle niepokojące” i stoją w sprzeczności z podstawowymi zasadami prawa międzynarodowego, które, jak zaznaczyła, nie uległy zmianie, niezależnie od zmieniających się administracji.
Zaniepokojenie słychać również w samej Danii i na Grenlandii. Duńska posłanka Trine Mach przyznała, że tamtejsze społeczeństwa traktują słowa Donalda Trumpa bardzo poważnie, zwłaszcza w kontekście niedawnych działań militarnych USA w Wenezueli. Władze Grenlandii wielokrotnie podkreślały, że nie chcą być częścią Stanów Zjednoczonych, a premier wyspy Jens-Frederik Nielsen przypomniał, że tylko 57 tysięcy jej mieszkańców ma prawo decydować o jej losie.
Francja zapowiedziała już współpracę z partnerami europejskimi nad wspólną reakcją na ewentualną eskalację, a temat Grenlandii ma pojawić się na spotkaniach ministrów spraw zagranicznych kluczowych państw UE. To sygnał, że Europa – choć ostrożna – zaczyna mówić jednym głosem.
Grenlandia ma ogromne znaczenie strategiczne: leży między Europą a Ameryką Północną, od dekad stanowi ważny punkt amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej i posiada bogactwa mineralne, które wpisują się w globalną rywalizację z Chinami, ale to wszystko nie zmienia jednego faktu: nie jest ziemią niczyją.
Wypowiedzi irlandzkiego premiera wpisują się w szerszy europejski konsensus. Sojusze, prawo międzynarodowe i suwerenność państw nie są dekoracją, którą można zdjąć, gdy przestaje pasować do geopolitycznej narracji. Jeśli w tej sprawie ma zwyciężyć zdrowy rozsądek, jak apeluje Micheál Martin, to tylko pod warunkiem, że siła przestanie być traktowana jako argument, a dyplomacja – jako zasłona dymna.
*
Nikt jednak nie przytacza słów samych Grenlandczyków, który może nie w większości, ale mówią, że doznali wielu krzywd od Duńczyków, jak Irlandczycy od Brytyjczyków. O tym politycy wolą jednak milczeć, bo to bardziej niż niewygodne tematy.
Bogdan Feręc
Źr. RTE/AFP/Reuters
Fot. Kadr z nagrania RTE

