Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Gdy geopolityka przestaje szukać pokoju, a zaczynają liczyć się interesy

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu globalna polityka sprawiała wrażenie chaotycznej, ale czytelnej, dziś jest natomiast jednocześnie chaotyczna i nieprzejrzysta. Coraz trudniej ją zrozumieć nie dlatego, że brakuje informacji, lecz dlatego, że zniknęła wspólna rama odniesienia. Gra toczy się już nie o stabilność świata, lecz o doraźne interesy państw, sektorów i grup nacisku. Pokój przestał być celem nadrzędnym, stał się jedną z opcji, często drugorzędną.

Najlepiej widać to w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa. Waszyngton wysyła jednocześnie sprzeczne sygnały, bo wojny handlowe współistnieją z rozmowami pokojowymi, groźby z gestami pojednania, a wycofania z eskalacją napięć. Nawet doświadczeni analitycy mają problem z uchwyceniem logiki tego działania. A jednak, jak przekonuje A. Wess Mitchell, były wysoki urzędnik Departamentu Stanu, logika wciąż istnieje. Mitchell opisuje strategię Trumpa jako „konsolidację”, próbę ratowania przeciążonego supermocarstwa poprzez ograniczenie zobowiązań, delegowanie kosztów sojusznikom i skupienie się na długoterminowej rywalizacji, przede wszystkim z Chinami. To podejście klasyczne, niemal podręcznikowe, by dopasować cele do realnych środków, zanim system się załamie. Stany Zjednoczone są dziś militarnie i gospodarczo nadmiernie rozciągnięte, tracą przewagę przemysłową i technologiczną, a jednocześnie nie są zdolne do prowadzenia kilku wielkich konfliktów naraz.

W teorii wszystko się zgadza, ale w praktyce jednak ta strategia zderza się z brutalną rzeczywistością wewnętrzną USA. „Konsolidacja” wymaga spójności, dyscypliny i zdolności do narzucenia priorytetów. Tymczasem Waszyngton jest krajem głęboko podzielonym, przesiąkniętym rywalizacją frakcji, lobby i sektorowych interesów. Prezydent prowadzi otwartą wojnę z elementami własnego aparatu państwowego, a polityka zagraniczna staje się dodatkowym polem walki o wewnętrzne przetrwanie.

Pierwszym źródłem presji jest przemysł zbrojeniowy i każdy impuls deeskalacyjny zagraża cyklom zamówień, programom modernizacyjnym oraz ekonomii permanentnej mobilizacji. Dlaczego? Ponieważ imperium próbujące się skurczyć, podczas gdy jego zaplecze militarno-przemysłowe domaga się ekspansji i wpada w sprzeczność strukturalną. Każde „odpuszczenie” rodzi natychmiastową kontr presję, nowy front, nowe zagrożenie, nowy powód do wydatków.

Drugim aktorem jest Big Tech. Giganci technologiczni silnie powiązani z aparatem bezpieczeństwa mają interesy z natury globalne i ekspansywne, a chodzi o dane, infrastrukturę, kosmos, Arktykę. Przykład Grenlandii pokazuje to dobitnie, że spór nie dotyczy wyłącznie geopolityki, lecz dominacji cyfrowej, logistycznej i surowcowej. Tam, gdzie Mitchell mówi o „uwalnianiu przepustowości”, realna polityka otwiera nowy front napięć z Europą i Rosją oraz na Dalekiej Północy.

Trzecim wektorem nacisku pozostają interesy Izraela. Próby prezydenta Trumpa, by zredukować amerykańskie uwikłanie na Bliskim Wschodzie, trafiają na twardą ścianę i w konsekwencji na presję do konfrontacji z Iranem. Flirt z „odsunięciem Izraela na bok”, przy jednoczesnym żądaniu ustępstw, w tym dostępu do zasobów Gazy, pokazuje desperacką próbę pogodzenia sprzecznych oczekiwań. To nie jest spokojne wychodzenie z regionu, to balansowanie nad przepaścią. Na to wszystko nakładają się czynniki destabilizujące z samego wnętrza systemu, a chodzi o skandale, potencjalne mechanizmy szantażu elit, więc polityka oparta na lojalności i strachu. W takim środowisku nawet najlepiej zaprojektowana strategia zaczyna się rozpadać w praktyce.

Szczególnie wyraźnie widać to w relacjach z Europą. Delegowanie obrony kontynentu Europejczykom wymaga zaufania, a tymczasem otwarte groźby i naciski, zwłaszcza te budowane wokół Grenlandii, to zaufanie podkopują. Nie da się jednocześnie przerzucać odpowiedzialności za Ukrainę wyłącznie na Europę i ją antagonizować. Tu właśnie pojawia się kolejny problem dla USA, bo ryzyko rozpadu NATO, może doprowadzić do ponownego zbliżenia Europy z Rosją, a zauważmy, że przestaje być to akademicką dyskusją, co pokazuje przykład Niemiec.

Podobnie jest z Bliskim Wschodem. Odsuwanie regionu na dalszy plan brzmi logicznie, ale rzeczywistość brutalnie to weryfikuje. Każda próba wycofania uruchamia mechanizmy eskalacyjne, na które Waszyngton reaguje nerwowo i niespójnie.

Efekt jest taki, że świat znalazł się w stanie permanentnej improwizacji. Państwa nie działają już w imię stabilnego porządku, lecz w imię własnych, często sprzecznych interesów. Sojusze stają się warunkowe, zasady elastyczne, o ile nie naciągane, a długofalowe bezpieczeństwo przegrywa z krótkoterminową kalkulacją siły. Mitchell ma rację, mówiąc, że „konsolidacja” to rozsądna strategia dla przeciążonego mocarstwa. Problem polega na tym, że realizuje ją państwo, które coraz mniej przypomina spójny organizm. Świat to widzi i reaguje, natomiast w świecie, w którym każdy gra na siebie, zrozumienie całości staje się coraz trudniejsze i coraz bardziej niepokojące.

W takim zagęszczeniu politycznych emocji jedna iskra może wywołać globalny pożar, a wówczas na uruchamianie wozów gaśniczych będzie już zbyt późno.

Bogdan Feręc

Źr. Info Brics

Photo by Kelly Sikkema on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version