Każdy wypadek komunikacyjny, w którym giną młodzi ludzie, stanowi ogromną tragedię dla lokalnej społeczności. Tragedię, która wymaga powagi, głębokiej refleksji oraz zdecydowanych działań ze strony organów ścigania. Niestety w dzisiejszych czasach równie przewidywalnym mechanizmem co sama tragedia stała się reakcja części polityków.
Zamiast rzetelnej analizy prawa i chłodnego podejścia do kompetencji instytucji państwowych, otrzymujemy festiwal populistycznych stwierdzeń, gróźb i próby narzucania narracji rodem z reżimów, w których decyzja administracyjna zastępuje prawo i ocenę sądową.
Doskonałym przykładem tego niepokojącego trendu stała się trwająca wciąż dyskusja wokół tragedii na irlandzkiej autostradzie M9, gdzie w zderzeniu czołowym zginęło pięciu nastolatków. Wkrótce po wypadku na platformie TikTok pojawiły się materiały przedstawiające wysoce niebezpieczne zachowania na drodze. Sytuacja z pewnością wymaga natychmiastowej interwencji w zakresie moderacji treści i weryfikacji zgodności z regułami korzystania z mediów społecznościowych, ale tylko tego. Co jednak robią politycy? Zamiast pozwolić działać wyspecjalizowanym organom nadzorczym, postanawiają natychmiast wezwać przedstawicieli technologicznego giganta na dywanik przed połączone izby irlandzkiego parlamentu, czyli Oireachtas. Gdy firma odmawia udziału w posiedzeniu, wskazując na trwające śledztwo prowadzone przez Gardę oraz równoległe postępowanie regulacyjne, w przestrzeni publicznej rozpętuje się burza.
Europosłowie oraz parlamentarzyści, tacy jak Barry Andrews z Fianna Fáil czy minister Peter Burke, ale nie tylko oni, błyskawicznie przechodzą do retoryki ostrego szantażu. Andrews bez mrugnięcia okiem sugeruje, że Komisja Europejska mogłaby wręcz zawiesić działalność TikToka w całej Unii Europejskiej. Pojawiają się głosy o „braku szacunku dla demokratycznego systemu Irlandii”, a w domyśle – o potrzebie surowego ukarania krnąbrnego koncernu.
Tego typu pokazy politycznej siły mają wyjątkowo niebezpieczny charakter. Zamiast stabilności prawnej dostajemy metody, których nie powstydziliby się zagorzali zwolennicy autorytaryzmu czy trumpistowskiego podejścia do biznesu. Z tych propozycji wynika, że jeśli nie tańczysz tak, jak ci zagramy przed kamerami, zamkniemy ci biznes.
Właśnie dlatego rzucanie propozycjami zakazu prowadzenia działalności gospodarczej na obszarze całego kontynentu, bo prywatny podmiot uchylił się od udziału w parlamentarnym spektaklu, nie ma nic wspólnego z praworządnością. To niebezpieczna ucieczka w arbitralność, która podkopuje fundamenty wolności gospodarczej w Europie.
Zamiast budować stabilny system odpowiedzialności platform cyfrowych, politycy wolą stawiać ultimatum. I trudno nie odnieść wrażenia, że cała ta sytuacja to jedynie próba przykrycia własnej bezradności i braku umiejętności w stanowieniu prawa, które w zderzeniu z rzeczywistością okazuje się po prostu dziurawe. Gdy władza tworzy nieprecyzyjne, pisane na kolanie przepisy, a na dodatek kompletnie nie potrafi egzekwować tych, które już obowiązują w systemie prawnym, niemal zawsze zaczyna uciekać się do pogróżek i otwartego szantażu. To stary jak świat mechanizm polityczny, więc brak kompetencji maskuje się pokazowym prężeniem muskułów przed kamerami i szukaniem zastępczego wroga.
*
Nadal stoję jednak na twardym stanowisku, że prywatna firma, niezależnie od swojej wielkości czy kapitału, nie może biegać i tłumaczyć się przed organem, który nie ma nic wspólnego z bezpośrednim prowadzeniem czy nadzorowaniem działalności gospodarczej. Oireachtas, czyli połączone izby irlandzkiego parlamentu, mają w teorii stanowić prawo. Problem polega na tym, że wielokrotnie byliśmy już świadkami, jak słabo im to wychodzi. Zamiast tworzyć przejrzyste i precyzyjne normy prawne, posłowie chętnie wchodzą w rolę sędziów i prokuratorów.
Sprowadza się to więc do absurdu, bo to tak, jakby zamiast TikToka przed oblicze którejś z parlamentarnych komisji wezwany został właściciel popularnego sklepu, ponieważ sprzedał komuś spleśniały chleb, mimo że prawo jednoznacznie mówi, iż pieczywo w takim stanie nie może być proponowane klientom. W normalnie funkcjonującym państwie nikt nie ciąga sklepikarza przed oblicze parlamentarzystów, by robić z tego medialne widowisko. Od pilnowania takich spraw są odpowiednie inspekcje handlowe i sanitarne, w tym FSAI.
Dokładnie tak samo wygląda to w sektorze cyfrowym. Do oceny bieżącej działalności TikToka, jego procedur moderacyjnych i domniemanych przewin wobec użytkowników wyznaczono konkretne instytucje. W Irlandii takim organem jest Komisja ds. Mediów (Coimisiún na Meán). To właśnie ten podmiot posiada wyspecjalizowane narzędzia techniczno-prawne, które ma prawo i obowiązek stosować w przypadku naruszeń ze strony firm technologicznych. Urzędnicy i kontrolerzy mają procedury, wyznaczone ścieżki dochodzeniowe oraz możliwości nakładania kar finansowych.
Natomiast mieszanie kompetencji prawodawczych z wykonawczymi i kontrolnymi służy wyłącznie politycznemu lansowi. Próba zastąpienia drogi służbowej politycznym naciskiem podważa zaufanie do instytucji państwa. Jeżeli Unia Europejska i jej członkowie chcą uchodzić za dojrzałe demokracje, muszą trzymać się ustalonych reguł. Jeśli TikTok naruszył prawa użytkowników lub zignorował procedury bezpieczeństwa, powinien ponieść surowe konsekwencje przed właściwym regulatorem – nie zaś ulegać dyktatowi europosłów, którym marzy się ręczne sterowanie rynkiem.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Photo by appshunter.io on Unsplash

