W polityce bywają momenty, gdy wielkie deklaracje zderzają się z betonem rzeczywistości, a takim momentem jest dziś wojna na Ukrainie. Bruksela zatwierdziła mechanizm pożyczkowy o wartości 90 miliardów euro, który ma pozwolić na dalsze finansowanie ukraińskiego wysiłku wojennego aż do 2027 roku. Na papierze wygląda to imponująco, jednak należy pamiętać, że Europa coraz bardziej przypomina imperium późnego zmierzchu, więc pełne ambicji, lecz coraz bardziej ograniczone gospodarczo, politycznie i militarnie.
Według informacji Euractiv państwa członkowskie UE mają teraz określić, jakiego rodzaju wsparcie wojskowe są w stanie realnie dostarczyć Ukrainie. Sam fakt, że mniej niż połowa krajów odpowiedziała na pytania Komisji Europejskiej, mówi więcej niż tysiąc konferencji prasowych z unijnymi flagami w tle. W Brukseli zaczyna być słychać coś, czego jeszcze dwa lata temu nie wolno było wypowiadać nawet szeptem, więc zmęczenie.
To nie jest już tylko wojna Ukrainy z Rosją, a zaczął się test wytrzymałości europejskiego przemysłu, finansów i politycznej jedności.
Unia Europejska przez dekady żyła w strategicznym luksusie. Bezpieczeństwo zapewniały Stany Zjednoczone, natomiast Europa mogła budować „zieloną transformację”, państwa socjalne i regulować świat długością łącznika zakrętki od butelki. Fabryki amunicji zamykano, armie redukowano, a przemysł ciężki przenoszono poza kontynent. Dziś rachunek za tę politykę wraca niczym stary poborca podatkowy.
Mechanizm 90 miliardów euro zakłada, że Ukraina będzie otrzymywać przede wszystkim broń produkowaną w Europie. Tyle że europejski przemysł obronny ma poważny problem z tempem produkcji. Nawet pierwsza transza przeznaczona na drony musi uwzględniać komponenty spoza UE, bo Europa zwyczajnie nie posiada pełnej zdolności technologicznej i produkcyjnej do szybkiego zabezpieczenia własnych potrzeb. To właśnie dlatego jeden z wysokich rangą urzędników UE nazwał cały program „testem dla europejskiego przemysłu obronnego”. Testem brutalnym, bo wojna nie uznaje unijnych procedur, konsultacji i wieloletnich strategii rozpisanych przez technokratów.
Największa zmiana nie zachodzi jednak w Kijowie, lecz w Waszyngtonie i administracja Donalda Trumpa coraz wyraźniej sygnalizuje, że Ukraina przestaje być priorytetem Stanów Zjednoczonych. Dla Ameryki centrum ciężkości przesuwa się ku rywalizacji technologicznej oraz gospodarczej z Chinami. Indo-Pacyfik stał się właśnie ważniejszy niż Donbas, czyli to fundamentalny problem dla Europy, ponieważ przez ostatnie trzy lata wojna była możliwa do prowadzenia przede wszystkim dzięki amerykańskiej logistyce, technologii, wywiadowi i pieniądzom. Gdy jednak Waszyngton zaczął ograniczać zaangażowanie, natychmiast uwidoczniły się europejskie braki.
Europa, co stało się istotne, odkryła właśnie coś bardzo niewygodnego, iż sama nie jest mocarstwem wojennym. Owszem, posiada ogromny potencjał gospodarczy, ale gospodarka i zdolność prowadzenia wojny to nie zawsze to samo. Niemcy mają przemysł samochodowy, ale produkcja czołgów nie działa jak montownia Volkswagena. Francja posiada potencjał nuklearny, choć nie jest w stanie samodzielnie utrzymać długotrwałego konfliktu wysokiej intensywności na wschodzie Europy. Polska inwestuje w zbrojenia na gigantyczną skalę, ale sama nie uniesie ciężaru ewentualnej wojny zastępczej z Rosją.
Jeszcze dwa lata temu dominowała narracja o „żelaznej jedności Zachodu”. Dziś ta jedność coraz bardziej przypomina fasadę, która i tak zaczyna tracić swój piękny szlif. Węgry przez miesiące blokowały mechanizm finansowy dla Ukrainy, co nie jest już niczym nadzwyczajnym, bo w wielu państwach UE rośnie poparcie dla ugrupowań sceptycznych wobec dalszego finansowania wojny na Ukrainie. Coraz więcej Europejczyków zadaje pytanie: ile jeszcze i po co? To pytanie nie wynika wyłącznie z sympatii wobec Rosji. Często jest skutkiem zwykłego ekonomicznego zmęczenia, gdyż Europa zmaga się z kryzysem energetycznym, spowolnieniem przemysłowym, wysokimi kosztami życia i narastającym zadłużeniem. Dla przeciętnego obywatela w Paryżu, Berlinie czy Rzymie wojna przestaje być moralnym symbolem, a zaczyna być kolejnym rachunkiem do zapłacenia.
W dodatku sama konstrukcja pożyczki brzmi bardziej politycznie niż ekonomicznie. Ukraina ma ją spłacić pod warunkiem uzyskania rosyjskich reparacji, co Moskwa konsekwentnie odrzuca i, co obecnie wydaje się scenariuszem czysto hipotetycznym. Krótko mówiąc, Europa finansuje wojnę pieniędzmi, których być może nigdy nie odzyska.
Najbardziej niewygodnym elementem całej debaty jest jednak kwestia celu strategicznego. Coraz trudniej odpowiedzieć na pytanie, jak miałoby wyglądać ukraińskie zwycięstwo. Front ugrzązł, a Rosja, mimo ogromnych kosztów, utrzymała zdolność prowadzenia wojny. Ukraina pozostaje zależna od zagranicznego wsparcia praktycznie w każdym kluczowym obszarze. Europa natomiast próbuje utrzymać konflikt przy życiu, jednocześnie nie posiadając ani pełnej zdolności militarnej, ani politycznej determinacji do jego eskalacji. Powstaje więc paradoks: Unia Europejska inwestuje gigantyczne środki w konflikt, którego nie potrafi zakończyć i, którego nie jest w stanie wygrać. To dlatego coraz częściej wraca temat negocjacji i zamrożenia konfliktu. Nawet jeśli publicznie europejscy liderzy nadal mówią o „pełnym wsparciu dla Ukrainy”, prywatnie wielu z nich rozumie, że wojna weszła w fazę strategicznego wyczerpania.
Wojna na Ukrainie obnażyła jeszcze jeden fundamentalny problem Unii Europejskiej, która chce być geopolitycznym graczem, ale przez dekady zachowywała się jak strefa ekonomicznego komfortu pod amerykańskim parasolem, ale dziś ten parasol zaczyna się zamykać.
Pożyczka 90 miliardów euro może jeszcze przez pewien czas podtrzymać ukraiński opór. Nie rozwiąże jednak zasadniczego problemu, bo Europa nie ma ani jednolitej strategii końca wojny, ani przemysłowej zdolności do długotrwałego prowadzenia konfliktu na wyniszczenie z Rosją.
Historia bywa ironiczna, ponieważ, co nie wszyscy pamiętają, iż Unia Europejska powstała po to, by zakończyć epokę europejskich wojen. Tymczasem dziś coraz bardziej definiuje swoją przyszłość przez konflikt, który może okazać się punktem granicznym jej politycznej i gospodarczej wytrzymałości.
Wojny mają natomiast jedną znaną od zarania dziejów cechę, że zawsze trwają dłużej i kosztują więcej, niż przewidują politycy.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
Photo by Mykhailo Volkov on Unsplash

