Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Elektryczna rewolucja, czyli irlandzka porażka. Autobusy są, prądu brak

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Gdyby ktoś chciał napisać podręcznik pt. „Jak nie wdrażać nowoczesnych technologii”, Irlandia właśnie dostarczyłaby materiał na rozdział główny. Bo oto kraj ambitnie wkroczył w erę elektrycznych autobusów… zapominając o jednym drobnym szczególe: gdzie je ładować.

Ponad 130 nowoczesnych, sfinansowanych z publicznych pieniędzy piętrowych autobusów elektrycznych stoi wciąż bezużytecznie. Nie dlatego, że są wadliwe, nie dlatego, że nikt ich nie potrzebuje, a stoją, bo nie mają gdzie się naładować. XXI wiek spotyka się tu z logiką rodem z epoki pary, więc najpierw kupimy lokomotywy, potem może zbudujemy tory.

Przewodniczący Komisji Finansów Publicznych John Brady powiedział z rozbrajającą szczerością o „poważnej litanii usterek” i trudno się dziwić, skoro część tych autobusów ma wyjechać na drogi dopiero w 2027 roku, czyli kupujemy dziś, żeby może użyć pojutrze, więc w tempie, które spokojnie pozwalałoby rozwinąć transport konny jako konkurencyjną i ekologiczną alternatywę.

Odpowiedź Krajowego Zarządu Transportu została określona jako „całkowicie niewystarczająca”, co w języku parlamentarnym oznacza mniej więcej tyle, co „czy ktoś tu w ogóle patrzył na plan”? Sam Brady zasugerował wręcz próbę umniejszania problemu, co brzmi znajomo, bo nic tak nie rozwiązuje kryzysu, jak udawanie, że to tylko drobna niedogodność.

Minister transportu Darragh O’Brien zachowuje jednak stoicki spokój i zapewnia, że „nie nastąpił żaden ubytek przepustowości systemu autobusowego”, bo wciąż korzysta się z autobusów dieslowskich. Krótko mówiąc: kupiliśmy elektryczną przyszłość, ale jeździmy przeszłością, tak na wszelki wypadek.

Argumentacja ministerstwa ma w sobie pewien urok, bo produkcja autobusów i budowa infrastruktury to „bardzo różne działania” i trudno się z tym nie zgodzić. Problem w tym, że w większości świata próbuje się je jednak jakoś ze sobą skoordynować. W Irlandii najwyraźniej uznano, że element zaskoczenia doda całemu procesowi dramaturgii. Nie brakuje też klasycznych tłumaczeń w stylu, że to procedury planistyczne, pozwolenia na budowę, ograniczona przestrzeń w zajezdniach, czyli dokładnie te same przeszkody, które istniały na długo przed zamówieniem autobusów i, które najwyraźniej odkryto dopiero po ich dostarczeniu.

W tle pobrzmiewa jeszcze jedna historia, więc miliony wydane na projekty infrastrukturalne, które, a delikatnie mówiąc, nie zostawiły po sobie widocznych śladów. W Cork wydano dziesiątki milionów euro na korytarze autobusowe, których do tej pory… nikt nie widział. W takim przypadku to już nie jest opóźnienie, a styl zarządzania. Najbardziej ironiczne jest to, że autobusy elektryczne faktycznie jeżdżą w Limerick czy Athlone, czyli można, ale na większą skalę system przypomina orkiestrę, w której każdy gra inny utwór, a dyrygent dopiero szuka batuty.

I tak oto Irlandia, chcąc być liderem zielonej transformacji, stworzyła coś znacznie bardziej unikalnego: muzeum nowoczesnych autobusów bez dostępu do prądu, bo przecież po co zaczynać od podstaw, skoro można od razu od finału.

Bogdan Feręc

Źr. RTE

Fot. Dzięki uprzejmości RTE – zdjęcie archiwalne

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version