Są takie chwile, kiedy miasto przestaje warczeć silnikami, a zaczyna oddychać spokojniej. Gdy asfalt nie należy wyłącznie do autobusów, taksówek i wiecznie spieszących się kierowców. Właśnie taki moment przyniósł rozpoczęty w Irlandii Tydzień Rowerowy, kilka dni, podczas których kraj przypomina sobie, że rower to nie moda z Instagrama ani sport dla wyczynowców w obcisłych strojach. To zwyczajna, piękna wolność.
Wydarzenia odbywają się w każdym hrabstwie aż do 17 maja, a organizowane są przez lokalne samorządy przy wsparciu Krajowego Zarządu Transportu. Choć oficjalnie chodzi o promocję jazdy na rowerze, w praktyce jest to coś znacznie bardziej ludzkiego, próba odzyskania odrobiny spokoju w świecie, który pędzi coraz szybciej i coraz głośniej. W Dublinie sercem obchodów stał się Eamonn Ceannt Park w Crumlin, gdzie odbyło się wczoraj sztandarowe wydarzenie Pedal Power. Były pokazy BMX-owych akrobacji, darmowe naprawy rowerów i lekcje bezpiecznej jazdy dla dzieci. Ale najważniejsza była atmosfera: lekka, serdeczna, pozbawiona pośpiechu. Taka, której coraz częściej brakuje w nowoczesnych miastach.
Donna Cooney poprowadziła kolorową paradę rowerową do parku i przypomniała, że wszystkie wydarzenia są bezpłatne. W programie znalazły się między innymi nocne przejazdy, poranne wyprawy, wycieczki połączone z obserwowaniem ptaków, a nawet wydarzenia łączące jazdę na rowerze z pływaniem. Brzmi trochę jak świat sprzed smart fonów i może właśnie dlatego działa.
Najpiękniejszą historią tego dnia nie były jednak rowerowe sztuczki ani miejskie kampanie. Był nią 82-letni Jimmy Lally, więc człowiek, który na rowerze przejechał niemal całe życie. Do klubu kolarskiego dołączył jako piętnastolatek i ścigał się przez sześć dekad. Dziś nadal codziennie wsiada na rower. „To jak narkotyk. Nie mogę przestać”, powiedział z uśmiechem. I trudno o lepszą reklamę aktywności niż człowiek, który w wieku 82 lat pokonuje regularnie ponad sto kilometrów dziennie i wciąż ma w oczach błysk chłopaka gotowego ruszyć przed siebie bez mapy i bez planu.
Jest w tym jednak coś bardzo starego i bardzo prawdziwego, bo dawniej rower nie był gadżetem ani politycznym symbolem ekologii. Był częścią codzienności. Dzieci dojeżdżały nim do szkoły, robotnicy do pracy, starsi ludzie do sklepu i na spotkania z przyjaciółmi. Dziś miasta próbują odzyskać tę prostotę po latach oddawania ulic wyłącznie samochodom.
Jednak rzeczywistość nadal potrafi przypominać o sobie. Alec Darragh z Cycling Ireland mówił wprost, że dzieci muszą uczyć się bezpiecznej jazdy, bo ruch uliczny zrobił się zwyczajnie niebezpieczny. Kiedyś jazda po drogach dawała poczucie swobody, a dziś wymaga czujności niemal jak survival w miejskiej dżungli. Nawet najmłodsi to widzą i Daniel Alexander, jeden z uczestników wydarzenia zauważył z rozbrajającą szczerością, że problemem bywają kierowcy parkujący auta na ścieżkach rowerowych.
Właśnie w tej dziecięcej uwadze kryje się cała prawda o współczesnych miastach, że wszyscy chcą bezpiecznych ścieżek rowerowych, dopóki nie trzeba zrezygnować z kawałka własnej wygody. Mimo to Tydzień Rowerowy przypomina o czymś ważnym, że rower nie musi być ideologią ani kolejną wojną kulturową między kierowcami a aktywistami. Może być po prostu sposobem na życie trochę spokojniejsze, zdrowsze i bardziej ludzkie.
Bo czasami największym luksusem nie jest nowy samochód ani szybszy telefon. Czasami luksusem jest zwykły wieczorny przejazd przez miasto, kiedy wiatr pachnie deszczem, łańcuch cicho pracuje, a człowiek choć na chwilę przestaje gonić świat.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE

