Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Dzwonek z przeszłości. Czy telefon stacjonarny właśnie dostał drugą szansę?

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Przez lata śmialiśmy się z telefonów stacjonarnych, jak z reliktu epoki kaset VHS i listonoszy przynoszących rachunki w kopertach. Smartfony wjechały w naszą codzienność jak walec, więc wszystko w jednym: aparat, portfel, kalendarz, towarzysz dnia i złodziej nocy. Jednak coraz częściej pojawia się pytanie, które jeszcze dekadę temu brzmiałoby jak żart: czy nadszedł czas, by stacjonarne aparaty wróciły do łask?

To nie nostalgiczna moda, choć nuta retro na pewno gra tu nie bez przyczyny, a chodzi o zmęczenie, takie, które odczuwa się w kościach po kolejnej godzinie doomscrollingu. O niepokój rodziców, rosnącą listę badań o wpływie smartfonów na dzieci i poczucie, że telefon w kieszeni to trochę jak natrętny współlokator, który nigdy nie zamyka drzwi.

Felietonistka Irish Examiner Esther McCarthy przyznała w rozmowie dla The Hard Shoulder, że jej dzieci traktują telefon stacjonarny jak muzealny eksponat. Sam fakt, że kiedyś w domu był jeden telefon, jeden numer, jeden korytarz, w którym wszyscy podsłuchiwali, to dla nich science fiction z epoki dinozaurów. „Jest tylko jeden telefon i jeśli nie odbiorą połączenia, to już koniec” – wspominała. Sama przyznaje, że ten obraz ma dla niej w sobie coś urokliwego. Cichy bunt wobec smartfonów, jak powiedziała, i całego informacyjnego szumu, który nosimy w kieszeniach jak bombę, co sekundę gotową wybuchnąć powiadomieniem.

Jednak wróćmy do tego korytarza, gdzie każdy oddech był świadkiem rozmowy. McCarthy świetnie uchwyciła, że telefony stacjonarne nie tylko ograniczały, ale też… wychowywały. Rozmowy prowadziło się krótko, konkretnie i z klasą, bo jeśli zacząłeś bąkać coś nieśmiało do koleżanki czy kolegi, tata w tle mógł rzucić komentarzem, który zrobiłby z ciebie rodzinny mem na lata. Nie było „podstępnego flirtowania”, nie było nocnego pisania, nie było ucieczki w cyfrową mgłę. Była za to zwykła, stara szkoła kontaktu, czyli prosto w oczy albo prosto w słuchawkę.

Właśnie dlatego powrót telefonów stacjonarnych nie wydaje się tak absurdalny, jakby jeszcze niedawno się wydawał. W świecie, w którym każde dziecko ma w dłoni miniaturowy ekran z nieskończonym dostępem do wszystkiego, rodzice coraz częściej marzą o powrocie kontroli. Takiej, jaką dawały aparaty stojące na komodzie, gdy się dzwoniło, słyszał cały dom; gdy rozmawiało dziecko, rodzic nie musiał zatrudniać oprogramowania szpiegowskiego, a wystarczyło przejść obok.

Może więc telefon stacjonarny nie jest symbolem zacofania, lecz zdrowej granicy. Może jest małym przypomnieniem, że nie każda technologia, która znika, powinna zniknąć na zawsze, że czasem proste rozwiązania są właśnie tymi, których najbardziej nam dziś brakuje, gdy każdy z nas próbuje ocalić odrobinę prywatności, uważności i spokoju.

Czy telefony stacjonarne wrócą? Nie wiadomo, ale jedno jest pewne, że pierwszy raz od lat pomysł ten nie brzmi jak żart. Brzmi jak możliwość, jak oddech między powiadomieniami, jak dzwonek, który nie wyświetla powiadomień, nie liczy kroków i nie wciąga w spiralę scrollowania – tylko dzwoni. I czasem to właśnie wystarczy.

Bogdan Feręc

Źr. News Talk

Photo by Patti Black on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version