Wczorajsze posiedzenie Dáil przejdzie do historii nie jako debata merytoryczna, ale jako brutalne starcie, w którym parlamentarny protokół ledwie wytrzymał napór emocji. W murach Leinster House rzadko kiedy słychać było taką lawinę gorzkich słów, a napięcie między ławami rządowymi a opozycją osiągnęło poziom, który z trudem opanowywał Ceann Comhairle John McGuinness. To nie był zwykły dzień pracy ustawodawczej – to była polityczna walka o przetrwanie rządu, który po odejściu Michaela Healy-Rae sprawiał wrażenie osaczonego.
Atmosfera zagęściła się od samego początku, gdy minister transportu Darragh O’Brien otwarcie prowokował posłów Sinn Féin, nazywając ich wypowiedzi godnymi pogardy. Minister nie przebierał w środkach, oskarżając opozycję o „złośliwe i ohydne” działania, w tym o zagłuszanie kobiet-ministrów, co wprost określił mianem mizoginii. Na sali wybuchł chaos, a okrzyki Pearse’a Doherty’ego o rządowej arogancji mieszały się z ciętymi ripostami O’Briena, który drwił z posła, nazywając go „późnym rozkwitem demokracji”. Tylko stanowcza interwencja Johna McGuinnessa i przypomnienie, że właśnie tak wygląda demokracja, pozwoliły na kontynuowanie obrad.
Rząd próbował ratować twarz, składając hołd zmarłemu niedawno koledze oraz samemu Healy-Rae, którego minister Martin Heydon nazwał dobrym współpracownikiem ostatnich miesięcy. Jednak nawet w tych momentach przebijała świadomość kryzysu, ponieważ Heydon musiał przyznać, że cena paliwa rolniczego podwoiła się w samym środku sezonu, co dla wiejskiej Irlandii jest ciosem prosto w serce. Choć koalicja przekonywała, że wspiera wszystkich poprzez walkę z inflacją, ich słowa ginęły w szumie wyzwisk. Ministrowie skarżyli się na tyranów w kącie sali, mając na myśli posłów z Independent Ireland, a minister zdrowia Jennifer Carroll MacNeill wytykała protestującym, że ich działania zagroziły pacjentom onkologicznym.
Najmocniejsze uderzenie przyszło jednak ze strony Michaela Lowry’ego, który choć popiera rząd, nie szczędził krytyki za błędy w komunikacji, które podsyciły narodowy gniew. Jednocześnie przeprowadził on miażdżący atak na Sinn Féin, nazywając ich najbardziej bezdusznymi i cynicznymi oszustami politycznymi, jacy kiedykolwiek pojawili się w tym kraju. Według niego opozycja wykorzystała moment toksycznej polityki, nie mając nic innego do zaoferowania, co tylko pogłębiło realne szkody społeczne. Mairead Farrell z Sinn Féin skwitowała to krótko, zauważając, że rząd zamiast o ludziach, przez cały dzień mówił o samym sobie, wykazując się brakiem jakiejkolwiek pokory.
Popołudniowa faza debaty przypominała już otwartą wojnę na słowa i gdy minister sprawiedliwości Jim O’Callaghan chwalił policję za powściągliwość wobec protestujących, Doherty zaatakował go pytaniem o wcześniejsze groźby użycia wojska. O’Callaghan nie pozostał dłużny, wypominając posłowi Sinn Féin, że jego ugrupowanie przez lata groziło narodowi zupełnie inną armią. W tym samym czasie Michael Collins z Independent Ireland krzyczał do ministrów, że powinni się wstydzić, punktując każdą stratę personalną rządu i wzywając kolejnych posłów do buntu. Jego partyjny kolega Richard O’Donoghue, nie kryjąc dumy, ogłosił się winnym stania ramię w ramię z mieszkańcami kraju, a Timmy’ego Dooleya złośliwie ochrzcił mianem „Timmy’ego Doolittle’a”, wieszcząc mu polityczny koniec.
Podczas gdy wewnątrz budynku parlamentarzyści obrzucali się oskarżeniami, przed Kildare Street gęstniał tłum. Ludzie stłoczeni za barykadami czuli się traktowani jak bydło, co tylko potęgowało poczucie izolacji władzy od obywateli. Zamknięte ulice, kordony policji i padające z mównicy oskarżenia o zdradę stworzyły obraz państwa w głębokim kryzysie zaufania. Choć rząd przetrwał ten dzień fizycznie, moralny ciężar usłyszanych słów i widok ministra opuszczającego szeregi koalicji sugerują, że wczorajsze posiedzenie było początkiem końca pewnej politycznej ery.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Fot The White House

