Irlandia od lat pozycjonuje się jako jeden z najbardziej wyrazistych krytyków polityki Izraela na arenie międzynarodowej. Ostatnie wydarzenia, w tym zatrzymanie przez izraelskie służby obywateli Irlandii na pokładzie Global Sumud Flotylli na wodach międzynarodowych, wywołały w Dublinie falę oburzenia. Minister spraw zagranicznych, handlu i obrony Helen McEntee bez ogródek potępiła te działania, a 14 uwolnionych aktywistów musiało wracać do kraju przez Stambuł.
W tym samym czasie na korytarzach władzy w Dublinie i Brukseli rozgrywa się jednak osobliwy spektakl polityczny. Z jednej strony Irlandia staje na czele unijnej koalicji domagającej się od Komisji Europejskiej całkowitego zakazu handlu z nielegalnymi osiedlami na terytoriach okupowanych. Z drugiej, na własnym podwórku koalicja rządząca decyduje się na drastyczne rozwodnienie krajowych przepisów wymierzonych w te same osiedla, wywołując oskarżenia o hipokryzję i stosowanie półśrodków.
Podczas posiedzenia Rady ds. Handlu i Spraw Zagranicznych w Brukseli minister Helen McEntee zaprezentowała twarde, bezkompromisowe stanowisko. Irlandia, wspólnie z dziewięcioma innymi państwami członkowskimi UE, oficjalnie zażądała od Komisji Europejskiej przedstawienia twardych wniosków legislacyjnych zakazujących handlu z nielegalnymi osiedlami. „Europa nie może dłużej bronić opartego na zasadach porządku międzynarodowego, jednocześnie tolerując handel z nielegalnymi osiedlami. Nielegalne osiedla stanowią naruszenie prawa międzynarodowego. Polityka handlowa Europy musi być zgodna z jej zobowiązaniami prawnymi i moralnymi” – grzmiała McEntee w Brukseli.
Dublińska dyplomacja argumentuje, że pojedyncze państwa mają ograniczoną sprawczość w ramach wspólnego unijnego rynku, dlatego realny cios gospodarczy może zadać jedynie cała Wspólnota – wzorem Holandii, która już zapowiedziała rychłe wdrożenie własnego zakazu importu towarów z terytoriów okupowanych.
Przewrotność sytuacji polega jednak na tym, że gdy Bruksela słucha irlandzkich pouczeń o moralności, w samym Dublinie trwają prace nad krajowym projektem ustawy o terytoriach okupowanych (Occupied Territories Bill). To właśnie tam idealistyczne deklaracje zderzają się z pragmatyzmem, by nie rzec – polityczną asekuracją.
Premier Micheál Martin oficjalnie uciął spekulacje i żądania opozycji, oświadczając, że uwzględnienie usług w krajowym zakazie handlu z osiedlami jest „niemożliwe do wdrożenia i niewykonalne”. Decyzja ta wywołała furię po stronie opozycji i organizacji praw człowieka z jednego zasadniczego powodu: usługi stanowią blisko 70% całkowitej wymiany handlowej między Irlandią a terytoriami okupowanymi. Wyłączenie ich z ustawy oznacza, że przygotowywany z wielkim mozołem dokument prawny stanie się w dużej mierze bezwartościową fasadą.
Liderka Sinn Féin Mary Lou McDonald ostro skrytykowała stanowisko premiera, nazywając je „niedopuszczalnym i kontrproduktywnym”. Wprost zarzuciła rządowi świadome i celowe osłabianie sankcji, które miały mieć realną siłę rażenia. W podobnym tonie wypowiada się senator Patricia Stephenson z partii Socjaldemokratów, punktując prawną niekonsekwencję rządu i przypominając kluczowy precedens z przeszłości: „W 2014 roku rząd słusznie zakazał handlu towarami i usługami z Krymem. Ta koalicja wprowadziła podwójne standardy, wymyślając powody, by nie postępować tak samo w przypadku terytoriów okupowanych. Wprowadzenie zakazu świadczenia usług nadaje tej ustawie moc. Rząd nie może wprowadzać półśrodków”.
Dlaczego zatem Irlandia stosuje tak wyraźną dwutorowość? Odpowiedź kryje się w architekturze prawnej Unii Europejskiej. Handel międzynarodowy leży w wyłącznych kompetencjach UE jako całości. Wprowadzanie przez pojedynczy kraj tak daleko idących restrykcji gospodarczych, zwłaszcza w sektorze usług, gdzie przepływy kapitałowe i cyfrowe są trudne do kontrolowania, mogłoby narazić Dublin na procesy przed Trybunałem Sprawiedliwości UE oraz na odwetowe pozwy ze strony międzynarodowych korporacji.
Rząd w Dublinie znalazł więc wygodne, choć politycznie ryzykowne wyjście:
- Na arenie krajowej minimalizuje ryzyko prawne i gospodarcze, ograniczając ustawę jedynie do mało znaczącego w tym bilansie importu towarów.
- Na arenie międzynarodowej buduje kapitał polityczny jako „sumienie Europy”, głośno domagając się, by to Bruksela wzięła na siebie ciężar i ryzyko wprowadzenia całościowego zakazu.
*
Ta taktyka pozwala irlandzkim ministrom błyszczeć w świetle jupiterów i potępiać działania Izraela, podczas gdy realne interesy usługowe pozostają nienaruszone. Pytanie tylko, jak długo Dublin będzie mógł grać rolę radykalnego krytyka, zanim europejscy partnerzy i właśni wyborcy zaczną rozliczać go z realnej skuteczności wprowadzanych u siebie przepisów?
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. X – Helen McEntee

