Debata wokół ewentualnego zjednoczenia Irlandii weszła w fazę, w której utarte slogany polityczne zderzają się z twardą rzeczywistością prawną, społeczną i kulturową. Ostatnie wystąpienie premiera Micheála Martina rzuca zupełnie nowe światło na warunki, na jakich miałby opierać się potencjalny proces integracji Północy i Południa.
Analiza słów szefa rządu prowadzi do wyrazistej, a zarazem bezkompromisowej tezy: aby urzeczywistnić wizję spójnej, połączonej wyspy, obie społeczności – zarówno północna, jak i południowa, muszą wyjść ze swoich historycznych okopów i odrzucić dotychczasowe, ciasno zdefiniowane tożsamości na rzecz wypracowania nowej, wspólnej płaszczyzny. Podejście to stanowi bezpośrednie zakwestionowanie tradycyjnego myślenia o zjednoczeniu, jako o zwykłym wchłonięciu Północy przez Republikę.
W ocenie premiera ceną za trwały pokój i stabilne państwo jest otwartość na głęboką transformację ustrojową i kulturową po obu stronach granicy.
Przełamanie historycznego dogmatu
Przez dziesięciolecia narracja o zjednoczeniu Irlandii opierała się w głównej mierze na przekonaniu o „nieuchronności” tego procesu. Micheál Martin zdecydowanie odrzuca ten punkt widzenia, określając retorykę nieuchronności mianem „powtórzenia starego, historycznego błędu”. Wskazuje, że bezrefleksyjne zakładanie, iż czas działa na korzyść tradycji nacjonalistycznej, prowadzi do sytuacji, w której „nacjonaliści zbierają się, by wspólnie ustalić, jak bardzo mają rację”.
Sformułowana przez premiera zapowiedź nowej inicjatywy ma być swoistym wyzwaniem rzuconym wszystkim dotychczasowym tradycjom na wyspie. Martin jednoznacznie stwierdza, że proces ten wymaga odrzucenia bezkrytycznego przywiązania do własnych dogmatów: „Musimy być o wiele bardziej otwarci na uznanie zmian, których od nas wymagamy” – podkreślił szef rządu, sygnalizując, że nowa konstytucyjna przyszłość, nie może być jedynie triumfem jednej tożsamości nad drugą.
Zamiast powielania historycznych sentymentów, nowa architektura państwa, wymagać ma od społeczeństwa – zarówno w Dublinie, jak i w Belfaście, zakwestionowania własnych przyzwyczajeń i wyobrażeń o państwowości.
Od emocjonalnych haseł do twardych dowodów
Kluczowym elementem argumentacji premiera jest zastąpienie emocjonalnych deklaracji rzetelną bazą wiedzy. Ruch ten ma na celu wyciągnięcie debaty z obszaru symbolicznego i przeniesienie jej na grunt pragmatyczny. Dotychczasowe dyskusje o jedności, zdaniem taoiseacha Martina – zbyt rzadko wiązały się z trudną pracą nad analizą złożoności, niepewności i finansowych konsekwencji zmian.
Proponowana inicjatywa ma zapewnić obywatelom dostęp do wyczerpujących i obiektywnych informacji dotyczących:
- Praktycznych i prawnych konsekwencji nowego ustroju,
- Realnych kosztów ekonomicznych i ciężarów finansowych,
- Wyzwań społecznych i kulturowych wynikających z połączenia dwóch odmiennych systemów.
Tylko w ten sposób stworzona zostanie przestrzeń do udziału w debacie dla środowisk spoza tradycji nacjonalistycznej. Integracja nie może bowiem opierać się na jednostronnych kampaniach informacyjnych, które unikają najtrudniejszych pytań.
Kruchość postępu a realia polityczne
Potrzebę przewartościowania dotychczasowych postaw dostrzec można w bieżących wydarzeniach na Północy. Niedawny impas wokół parady Zakonu Oranżystów w Drumcree, gdzie mimo decyzji Komisji ds. Parad o możliwości marszu, wydarzenie nie doszło do skutku z powodu masowych protestów na Garvaghy Road, stanowi dobitne przypomnienie o kruchości dotychczasowego postępu. Podziały tożsamościowe wciąż są żywe i nie znikną samoistnie w wyniku odgórnych deklaracji politycznych.
Zaciętość sporu widać również na samej scenie politycznej w Dublinie. Liderka Sinn Féin Mary Lou McDonald – naciska na natychmiastowe przygotowania do zmian w konstytucji, zarzucając rządowi, że stanowi przeszkodę na drodze do jedności. Z kolei partner koalicyjny Fianna Fáil, którym od lat jest Fine Gael pod przewodnictwem Simona Harrisa, zapowiada własny plan działania. W tle pojawiają się także wypowiedzi zagranicznych polityków, takich jak Donald Trump, sprowadzające tak skomplikowany proces do prostego stwierdzenia, że do zjednoczenia „równie dobrze może dojść teraz”.
Rekonstrukcja wspólnej przyszłości
Wniosek płynący z propozycji szefa rządu jest jednoznaczny: zjednoczona Irlandia nie może być odtworzeniem istniejącej Republiki w rozszerzonych granicach, ani też nie może opierać się na dominacji jednego mitu założycielskiego. Aby proces ten zakończył się sukcesem, konieczne jest wypracowanie zupełnie nowego ramienia konstytucyjnego, co nieuchronnie wiąże się z koniecznością przewartościowania i częściowego odrzucenia dotychczasowych tożsamości po obu stronach granicy.
Przejście od stulecia rozbieżności do wspólnej przyszłości wymaga gotowości do ustępstw, zbadania twardych faktów i porzucenia historycznych resentymentów. Dopiero na zgliszczach ekskluzywnych narracji tożsamościowych, będzie można zbudować państwo, w którym wszystkie społeczności poczują się u siebie.
*
Jednak tego wszystkiego można uniknąć, a wystarczy, aby wszystkie strony przyjrzały się polskiej historii. W mojej ocenie, pierwszym krokiem do zjednoczenia wyspy mogłaby się stać unia, a ta opierała na zasadach, jakie obowiązywały w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wówczas oba odrębne wcześniej państwa, czyli Polska i Litwa, zawiązały głęboką współpracę ekonomiczno-polityczną, ale zachowując swoją odrębność kulturową. Rzeczpospolita Obojga Narodów miała więc wspólnie obieranego władcę, wspólny Sejm i politykę zagraniczną. Zniesione zostały natomiast granice celne, wprowadzono wspólną monetę i system administracyjny, a i dążono do unifikacji prawodawstwa.
Jednak, aby tak się stało na irlandzkiej wyspie, politycy w Dublinie i Belfaście, powinni poznać naszą historię, w czym pomocna mogłaby być nasza ambasada, gdyby tylko mieć ambasadora.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE


