W polityce istnieje stara zasada, że mikrofony bywają niebezpieczniejsze niż przeciwnicy, zwłaszcza wtedy, gdy polityk zapomina, że jeszcze nagrywają. Właśnie wtedy z fasady oficjalnych komunikatów odpada lakier poprawności, a spod niego wychodzi coś znacznie bardziej autentycznego, strach, kalkulacja albo zwyczajna polityczna szczerość, której na konferencji prasowej nikt nie odważy się wypowiedzieć.
Sprawa byłego premiera Irlandii Bertiego Aherna pokazuje ten mechanizm w sposób niemal podręcznikowy. Publicznie deklaracje, że jest pełen szacunku, integracji i wsparcia dla legalnej migracji, ale prywatnie – albo przynajmniej w rozmowie, która miała pozostać nieformalna, pojawiły się „obawy” dotyczące skali migracji z Afryki, przyszłości społecznej Irlandii oraz rosnącej liczby muzułmanów. Problemem nie jest wyłącznie to, co powiedział Ahern. Problemem jest to, że wielu polityków prawdopodobnie myśli podobnie, lecz nauczyło się mówić zupełnie inaczej.
Nagranie, które wywołało burzę w Irlandii, pokazało byłego taoiseacha mówiącego bez politycznego filtra. Ahern przyznał, że „martwi się Afrykanami”, wskazywał na poziom migracji oraz mówił, że Irlandia „nie może przyjmować ludzi” z takich państw jak Kongo. Jednocześnie zaznaczał, że uchodźcy z Ukrainy powinni być przyjmowani ze względu na wojnę.
Po ujawnieniu nagrania natychmiast pojawił się klasyczny polityczny rytuał XXI wieku, czyli dystansowanie się, doprecyzowania, komunikaty kryzysowe i zapewnienia, że „to nie oddaje prawdziwych poglądów”. Ahern podkreślił później, że „nie ma żadnego problemu” z migrantami przybywającymi legalnie przez system wizowy i azylowy.
Premier Micheál Martin odciął się natychmiast od słów byłego lidera Fianna Fáil, uznając komentarze za „niewłaściwe”, natomiast kolejni politycy i działacze społeczni mówili o „rasizmie”, „odrażających komentarzach” i „retoryce szkodzącej integracji”.
Wydaje się, że współczesna polityka migracyjna Zachodu coraz częściej opiera się na podwójnym języku. Oficjalnie niemal każdy establishmentowy polityk powtarza, że migracja jest wartością, różnorodność siłą, a społeczeństwa wielokulturowe przyszłością Europy. Jednak poza kamerami coraz częściej słychać coś zupełnie innego, więc niepokój o bezpieczeństwo, presję na mieszkalnictwo, konflikty kulturowe czy rosnące napięcia społeczne. I nie chodzi wyłącznie o Irlandię. Europejska klasa polityczna znalazła się dziś w bardzo niewygodnym położeniu. Z jednej strony przez lata budowała narrację moralnej wyższości wobec sceptycyzmu migracyjnego, a z drugiej, wyborcy coraz częściej sygnalizują, że skala migracji wymyka się spod kontroli.
Efekt jest taki, że olitycy próbują jednocześnie uspokajać opinię publiczną i nie narazić się środowiskom medialnym oraz aktywistom. Powstaje więc język pełen ostrożnych formułek, iż „potrzebujemy uporządkowanej migracji”, „system wymaga reform”, „musimy zachować równowagę”. Jednak gdy rozmowa schodzi z kampanijnego podium na ulicę, do lokalnego biura albo do samochodu między spotkaniami wyborczymi, ton często się zmienia. Afera wokół Aherna nie wybuchła dlatego, że powiedział coś całkowicie niespotykanego. Wybuchła dlatego, że powiedział to głośno.
Największym problemem współczesnej polityki może być dziś nie sama migracja, lecz utrata wiarygodności elit. Wyborcy coraz częściej odnoszą wrażenie, że oficjalne komunikaty są starannie wyreżyserowane, a prawdziwe opinie polityków poznaje się dopiero przez przypadek — z wycieków, nagrań albo „nieautoryzowanych” rozmów. To właśnie dlatego podobne sytuacje rezonują tak mocno społecznie. Ludzie słuchają takich nagrań i myślą: „Wreszcie powiedział, co naprawdę uważa”.
Nie oznacza to automatycznie poparcia dla wszystkich wypowiedzi Aherna. Oznacza raczej rosnące przekonanie, że polityczna klasa Zachodu funkcjonuje dziś w dwóch równoległych światach. W jednym obowiązują oficjalne deklaracje o otwartości i integracji. W drugim są to prywatne obawy o skutki masowej migracji, których nie wypada wypowiedzieć publicznie. Właśnie dlatego ta dwoistość napędza polityczny bunt w całej Europie.
*
Czy jestem krytyczny wobec byłego premiera? Nie, bo powiedział prawdę, chociaż wolałbym, żeby zrobił to przed kamerami RTE.
Bogdan Feręc
Źr. RTE
Fot. Dzięki uprzejmości RTE

