W centrum Dublina, gdzie zwykle wieczory tętnią rozmową, a piwo leje się jak złoto z kranu, nagle zapadła cisza, której nikt tu nie planował. Właściciele pubów – ludzie, którzy od pokoleń trzymają ten sam rytm miasta mówią dziś tak prosto, jak tylko potrafią, że jeśli dostawy nie ruszą, będzie dramat.
W O’Connell’s przy Bachelors Walk w czwartek, w porze lunchu, została już tylko ostatnia beczka Guinnessa. Barman przyznał bez kręcenia, iż ratują się, jak umieją, dogadują z sąsiednimi pubami, pożyczają sobie nawzajem beczki. Jeśli będzie trzeba wezmą wózek i sami przyciągną beczki przez pół miasta. Duch wspólnoty tu jeszcze nie upadł, choć piwniczki wyglądają coraz bardziej jak puste kieszenie. W The Grand Social Tommy O’Brien stoi przy barze i liczy, ile zostało im do weekendu. Czwartki zwykle pachną świeżą dostawą, ale tym razem nie pachną niczym. Zero beczek, zero skrzynek, zero piwa. Mówi, że dzisiaj dadzą radę, ale jutro, pojutrze? Ludzie trzeba opłacić rachunki, dodaje.
Między pubami krąży jeszcze jedna narracja, że browary twierdzą, iż dostawy idą zgodnie z planem. Tylko że plan ten najwyraźniej kończy się gdzieś na papierze, bo właściciele pubów mówią jednym głosem: „u nas nic nie dojechało”. I kto tu ma rację?
Na ulicach pustki i Tommy O’Brien z Grand Social pokazuje na nabrzeże, an którym stoją autobusy, ludzie nie przychodzą, stoliki czekają na klientów jak na gości, którzy zapomnieli, że obiecali wpaść. Małe biznesy dostają w kość najmocniej, bo gdy dzień po dniu nikt nie zagląda, właściciel liczy każde euro, a rachunki liczą się same.
W hotelu Arlington atmosfera stała się dziwna, bo z jednej strony protestujący zatrzymują się tu na śniadania i noclegi, tworząc chwilową wspólnotę podróżnych. Z drugiej – dostawy alkoholu od Diageo i Heinekena nie dotarły. Kierowniczka Mags Shannon mówi z pewnym spokojem, ale i cichym napięciem, że mają zapasy, ale na jak długo? Wczoraj musieli brać towar z siostrzanego lokalu, ponieważ w takich chwilach nawet duży hotel zaczyna liczyć kroki.
Problem wcale nie dotyczy tylko pubów, więc Rolling Donut martwi się o mleko, kubki na kawę i wszystko, co zwykle pojawia się codziennie jak wschód słońca. Teraz pracownicy latają do sklepów po mleko, droższe i kupowane na szybko jak prowizorka. Jeśli protest potrwa, biznesy będą zamykać drzwi jeden po drugim. W Banba Toymaster kierownik Maurice Doyle patrzy na puste półki, które miały być pełne nowości z dostaw. Firmy logistyczne wolą ominąć centrum, bo kto chce utknąć w korkach, paląc benzynę, której cena właśnie stała się powodem całego zamieszania? Klientów mniej, autobusów brak, Luas nie dojeżdża. Przedsiębiorcy, którzy jeszcze niedawno próbowali podnieść się po pandemii i fali pracy zdalnej, teraz znów czują grunt drżący pod nogami. W Bakehouse sprzedaż spadła o 20–30 procent, a dla kawiarni w centrum miasta to tak, jakby ktoś zgasił połowę świateł.
Miasto odpowiada oficjalnie, że centrum jest otwarte, że światła się zmieniają, że monitorują ruch, że współpracują z przewoźnikami.
Ci, którzy od pokoleń karmią Dublina chwilami śmiechu, rozmów i piany na ustach, mówią jasno, że potrzebne jest porozumienie. Obie strony muszą usiąść do stołu, bo w tej chwili cierpią ci, którzy nie protestują – tylko pracują. I może właśnie tu kryje się największa ironia całej sytuacji, bo protest ma bronić ludzi pracujących, a tymczasem to ich puby, ich kawiarnie i ich małe sklepy najbardziej dostają po kieszeni. Właściciele patrzą na opróżniające się dostawy i wiedzą jedno – Dublin bez piwa to już nie Dublin.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Amie Johnson on Unsplash

