Dublin to miasto literackich noblistów, najdroższego Guinnessa na świecie i najbardziej ezoterycznego systemu transportu publicznego w Zachodniej Europie. Jeśli kiedykolwiek staliście na przystanku wpatrując się z nadzieją w tablicę elektroniczną, która obiecywała przyjazd linii 46A za minutę, by po upływie tejże minuty po prostu bez słowa wyjaśnienia wymazać kurs z istnienia, to wiecie, czym są „autobusy widmo”.
To te eteryczne byty, które nawiedzają dublińskie ulice, jak „Błędny Rycerz” z Harry’ego Pottera, istniejąc jedynie w sferze marzeń programisty i nigdy nie materializując się w świecie metalu oraz gumy.
Jednak spokojnie, nadchodzi ratunek, bo dyrektor naczelny Dublin Bus Billy Hann z rozbrajającą szczerością przyznał na antenie stacji News Talk, że system, na którym polegamy, ma piętnaście lat. W świecie technologii to odpowiednik epoki kamienia łupanego, gdzieś pomiędzy wynalezieniem koła a pierwszą próbą okiełznania ognia. Okazuje się, że „informacje dla pasażerów w czasie rzeczywistym” (RTPI) to nazwa równie precyzyjna, co określenie „szybka przekąska” w restauracji z dwiema gwiazdkami Michelin. To nie jest czas rzeczywisty, a raczej czas życzeniowy, oparty na skomplikowanych algorytmach optymizmu i domniemaniach.
Dyrektor Hann wyjaśnił nam to z ojcowską cierpliwością, że jeśli autobus wyjeżdża z zajezdni, a ty stoisz na przystanku oddalonym o czterdzieści pięć minut jazdy, system po prostu zaczyna odliczać czas. Nie bierze pod uwagę korków, stad łabędzi i kaczek blokujących drogę ani faktu, że kierowca mógł właśnie postanowić zmienić swoje życie i zostać pustelnikiem w hrabstwie Mayo. System odlicza, a ty marnujesz młodość, gapiąc się w ekran, który kłamie w żywe oczy.
Nowy system śledzenia, którego pilotaż ma ruszyć już we wrześniu w całej sieci Transport for Ireland, obiecuje rewolucję. Ma wreszcie rozwiązać zagadkę autobusów, które rozpływają się w powietrzu.
To wspaniała wiadomość dla wszystkich dublińczyków, którzy od lat uprawiają narodowy sport zwany „spóźnianiem się do pracy z winy infrastruktury”. Teraz, dzięki nowoczesnej technologii, zamiast stać w niepewności, będziemy mogli z niezwykłą, cyfrową precyzją śledzić na mapie, jak nasz autobus stoi w korku trzy kilometry dalej lub właśnie skręca w objazd z powodu kolejnego protestu w centrum.
Dyrektor Dublin Bus wspomniał także o niedawnych demonstracjach, podczas których autobusy musiały omijać miasto szerokim łukiem. W starym systemie pasażerowie byli po prostu ignorowani przez tablice informacyjne, które uparcie twierdziły, że transport nadjedzie lada moment. Nowy system ma nas lojalnie informować o odwołanych kursach. To prawdziwy skok cywilizacyjny, więc zamiast patrzeć w pustą ulicę i czuć gniew, będziemy mogli patrzeć w telefon i czuć głęboki, naukowo potwierdzony smutek, wiedząc dokładnie, że żaden pojazd nie pojawi się w naszej okolicy przez najbliższą godzinę.
Tym samym Dublin Bus zadba o emocje mieszkańców stolicy i przyjezdnych, a wiedza o tym, że spóźnisz się na ważne spotkanie o dokładnie dwadzieścia siedem minut, bo system wreszcie „widzi” twój autobus stojący na światłach pod St. Stephen’s Green, z pewnością ukoi skołatane nerwy mieszkańców.
Ja wiem, że po zmianie systemu, może i nie dojedziemy szybciej, może i dalej będziemy moknąć w irlandzkim deszczu, ale przynajmniej będziemy to robić w pełnej świadomości sytuacyjnej, wyposażeni w najnowsze dane o lokalizacji pojazdu, który właśnie postanowił oszukać czas. Przecież w transporcie publicznym nie chodzi o to, żeby jechać, ale o to, żeby wiedzieć, dlaczego się stoi, wówczas i nerwy są na wodzy, a i możemy wpaść na krótką wizytę w pobliskim salonie piękności, bo złość piękności, jak wiemy, szkodzi.
Bogdan Feręc
Źr. Breaking News
Photo by Pierre Goiffon on Unsplash/ HarshLight

