W dobie narastającego kryzysu ekonomicznego, kiedy codzienna egzystencja obywateli zostaje wystawiona na ciężką próbę, klasa polityczna często szuka wyjaśnień zjawisk społecznych poza granicami własnego państwa. Minister Neale Richmond sformułował ostatnio tezy, które w sposób budzący wątpliwości próbują połączyć autentyczne oburzenie społeczne z działaniami zagranicznych ośrodków wpływu.
Sugestia, że protesty dotyczące cen paliw w Irlandii są „kanarkiem w kopalni węgla” i wynikiem manipulacji zewnętrznych podmiotów, stanowi ryzykowną próbę odwrócenia uwagi od brutalnej rzeczywistości rynkowej, z którą zmagają się tysiące, o ile nie miliony mieszkańców Irlandii.
Kiedy cena litra paliwa na stacjach benzynowych przekracza barierę dwóch euro, mechanizmy sprzeciwu uruchamiają się przecież samoistnie. Dla właściciela małej firmy transportowej, rolnika czy osoby dojeżdżającej codziennie do pracy z odległych hrabstw, taka cena nie jest abstrakcyjnym wskaźnikiem ekonomicznym, lecz bezpośrednim zagrożeniem dla płynności finansowej i bytu rodziny. W takiej sytuacji nikt nie potrzebuje zachęty ze strony amerykańskich teoretyków spiskowych czy brytyjskich aktywistów, aby wyjść na ulicę. Gniew rodzi się przy dystrybutorze, a nie na profilach społecznościowych Steve’a Bannona czy Tommy’ego Robinsona.
Minister Richmond przyznaje wprawdzie, że protesty wybuchły w sposób naturalny i wynikały z rzeczywistych obaw o koszty utrzymania, jednak niemal natychmiast kładzie akcent na ich rzekome wykorzystywanie przez „złowrogich aktorów”. Takie postawienie sprawy może być odczytywane jako próba delegitymizacji słusznych postulatów obywateli. Sugerowanie, że każdy głośny sprzeciw wobec polityki gospodarczej rządu staje się narzędziem w rękach zagranicznej prawicy, tworzy jednak atmosferę nieufności i zamyka drogę do merytorycznego dialogu o przyczynach drożyzny.
W swoich wypowiedziach poseł Fine Gael wskazuje na niebezpieczeństwo, jakie dla politycznego centrum stanowi narracja łącząca ceny paliw z finansowaniem Ukrainy czy kwestiami migracyjnymi. Choć przenikanie się różnych ideologicznych wątków w przestrzeni cyfrowej jest faktem, to jednak obarczanie ich odpowiedzialnością za skalę niepokojów społecznych wydaje się nadinterpretacją.
Irlandzkie społeczeństwo jest wystarczająco dojrzałe, by odróżnić własny pusty portfel od haseł głoszonych przez internetowych radykałów. Skupianie się na „politycznym koniunkturalizmie” osób trzecich pozwala natomiast na uniknięcie przez władzę odpowiedzi na pytanie, dlaczego system wsparcia i regulacji cen okazał się niewystarczający w obliczu kryzysu.
Co więcej, minister Richmond apeluje do całej klasy politycznej o obronę centrum i niepozostawanie w milczeniu. W tym samym czasie jednak inne czołowe postaci rządu, jak Simon Harris czy Micheál Martin, podejmują retorykę, która sama w sobie mogłaby zostać uznana za bliską narracjom, przed którymi ostrzega sam minister Richmond. Mowa o określaniu systemu wsparcia dla uchodźców jako „niesprawiedliwego i zbyt drogiego”, czy wiązaniu problemu bezdomności z imigracją. Powstaje zatem uzasadnione pytanie o spójność rządowego przekazu. Z jednej strony ostrzega się przed „zewnętrznymi wpływami”, które kształtują dyskurs, a z drugiej strony najważniejsi politycy w państwie sami sięgają po argumenty, które jeszcze niedawno uznawane były za domenę radykalnej prawicy.
Neale Richmond broni jednocześnie działań rządu, twierdząc z przekonaniem, że prezentowanie faktów nie jest agendą polityczną. Jednak w oczach obywatela, którego firma upada pod ciężarem kosztów energii, takie rozróżnienie jest mało przekonujące. Obawy ministra o zakłócenia podczas nadchodzącej prezydencji Irlandii w Unii Europejskiej sugerują, że priorytetem władzy jest utrzymanie nienagannego wizerunku kraju na arenie międzynarodowej, a niekoniecznie rozwiązanie problemów, które wygnały ludzi na drogi. Zapowiedź szybszej i lepszej reakcji na protesty, w tym dbałość o drożność arterii komunikacyjnych, brzmi bardziej jak zapowiedź usprawnienia technik pacyfikacji nastrojów niż realnej zmiany w polityce społecznej.
Zrzucanie więc winy na „zewnętrznych aktorów” próbujących przejąć debatę publiczną jest strategią wygodną, lecz krótkowzroczną. Prawdziwym zagrożeniem dla stabilności państwa nie są wpisy w mediach społecznościowych, ale poczucie opuszczenia przez państwo w chwili kryzysu. Jeśli rząd będzie postrzegał protestujących wyłącznie jako nieświadome ofiary zagranicznej manipulacji, straci szansę na zrozumienie głębi desperacji własnych obywateli. Demokratyczne centrum, o którego obronę apeluje Richmond, najlepiej obroni się poprzez skuteczną politykę gospodarczą i empatię wobec problemów dnia codziennego, a nie poprzez tropienie spisków tam, gdzie wystarczyłoby spojrzeć na rachunki za paliwo.
Reasumując, sprowadzanie tego złożonego problemu kosztów życia do poziomu cyberwojny informacyjnej jest uproszczeniem, które obraża inteligencję ludzi walczących o przetrwanie swoich przedsiębiorstw i gospodarstw domowych w obliczu rekordowej drożyzny.
Bogdan Feręc
Źr. The Irish Times

