Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Droga wyspa musi przemyśleć swoją ofertę cenową, zanim turyści wybiorą inne brzegi

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Irlandia to marka sama w sobie, bo to i klify jak z epopei, puby z duszą, krajobrazy, które wyglądają jakby ktoś je szkicował zielonym ołówkiem przez pół tysiąclecia, ale nawet najpiękniejsza pocztówka nie obroni się, jeśli cena znaczka zacznie odstraszać.

Dane są twarde i w 2025 roku kraj odwiedziło 6,16 mln turystów, czyli o 6% mniej niż rok wcześniej. Spadek wydatków wyniósł 13%, a strata dla gospodarki to około 685 mln euro. Irlandzka Konfederacja Turystyki (ITIC) szacuje, że sektor wniósł do gospodarki za ubiegły rok 8,89 mld euro i będzie wspierał 225 tys. miejsc pracy. To potężna część narodowej układanki i tym bardziej niepokoi fakt, że ten fundament zaczyna drżeć. Według danych Eurostatu Irlandia jest drugim najdroższym krajem w UE, tuż po Danii. W turystyce oznacza to jedno, że wrażliwsze segmenty rynku zaczynają kalkulować.

Dyrektor generalny ITIC Eoghan O’Meara Walsh mówi wprost, że Irlandia nigdy nie będzie najtańszą opcją i słusznie, ale nie o to do końca chodzi, bo problem polega na czym innym, na relacji ceny do jakości. Jeśli turysta płaci jak za Szwajcarię, a dostaje doświadczenie, które ocenia jako „w porządku”, to wróci, ale wspomnieniami, a nie portfelem.

Irlandia jest krajem wyspiarskim i dotarcie tu oznacza podróż lotniczą lub morską. W tym roku dostępność połączeń z Europy oraz Wielkiej Brytanii osłabła. To czynnik strukturalny, którego nie da się zagadać marketingiem. Do tego dochodzi inflacja w sektorze turystycznym – średnio 6% rocznie przez ostatnie trzy lata. Koszty pracy, energii, ubezpieczeń, więc państwo swoje, a rynek swoje. Warto też pamiętać, że hotelarze nie zawsze podnoszą ceny dla sportu, bardzo często wymuszają to koszty prowadzenia działalności. Efekt? Spadki wpływów, które widoczne są w całej Europie, więc Wielkiej Brytanii (-4%), Francji (-13%) i Niemczech (-8%), a to rynki bliskie geograficznie i kulturowo. Natomiast ich osłabienie powinno zapalić czerwoną lampkę w gabinetach irlandzkiego Departamentu Turystyki.

Jest jednak na tej mapie jasny punkt, czyli Ameryka Północna, bo ilość turystów ze Stanów Zjednoczonych wzrosła o 4%, a z Kanady o 8%. To rynek o wartości niemal 2 mld euro i jak się okazuje, obecnie najcenniejszy dla irlandzkiej turystyki. Silny dolar, dobra siatka połączeń, skuteczne kampanie promocyjne – to działa. Co więcej, turyści z USA i Kanady podróżują po irlandzkich regionach, zostają dłużej, wydają więcej. Jednak opieranie stabilności sektora na jednym filarze to ryzykowna strategia. Wystarczy wahanie kursu dolara, zawirowania na Wall Street czy recesja za oceanem i cała konstrukcja zaczyna się chwiać.

ITIC apeluje o obniżkę VAT na usługi hotelarskie i gastronomiczne do 9% od lipca, co będzie krokiem w stronę poprawy konkurencyjności.  Problemem pozostaje także niedobór miejsc noclegowych i rosnące ceny hoteli, czyli klasyczna sytuacja, w której popyt wyprzedza podaż oraz potrzeba nowych inwestycji hotelowych i rozsądnego podejścia do regulacji najmu krótkoterminowego.

Irlandia nie musi być najtańsza, bo nigdy nie była, ale musi być warta swojej ceny, a to różnica fundamentalna.Turystyka, o czym niektórzy zaczynają zapominać, to nie tylko krajobraz i folklor, to także logistyka, podatki, dostępność lotów, polityka kosztowa państwa. To delikatny ekosystem i jeśli jeden element przestaje działać, reszta zaczyna tracić równowagę.

Irlandia stoi dziś przed wyborem, czy pozostanie destynacją premium z jasno zdefiniowaną wartością, czy pozwoli, by wysokie ceny stały się barierą nie do przeskoczenia dla coraz szerszej grupy turystów. To z kolei nie będzie odbijać się wyłącznie na sektorze gościnności, ale też branżach współpracujących.

Bogdan Feręc

Źr. RTE

Photo by Marina Nazina on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version