Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Dom w ogrodzie, polisa w rozsypce. Cena modułowej rewolucji

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Nowe przepisy mają być jak świeży wiatr nad przegrzanym rynkiem mieszkaniowym. Minister mieszkalnictwa James Browne zapowiedział zwolnienie z obowiązku uzyskania pozwolenia na budowę dla modułowych jednostek mieszkalnych o powierzchni od 32 do 45 metrów kwadratowych. Mniej papierów, a więcej przestrzeni dla rodzin, co brzmi jak plan. Tyle że gdzieś między deskami, instalacją i entuzjazmem właścicieli czai się coś mniej widowiskowego, a bardziej kosztownego, czyli ubezpieczenie, które nie nadąża za rzeczywistością.

Branża nie bije na alarm bez powodu. Insurance Ireland mówi wprost, że każda zmiana w zabudowie i sposobie użytkowania domu może rozszczelnić ochronę. W praktyce oznacza to prosty scenariusz i jeżeli ktoś ma polisę na 300 tysięcy euro, stawia w ogrodzie moduł za 100 tysięcy i… zapomina zadzwonić do ubezpieczyciela. Niby drobiazg, ale potem przychodzi szkoda i okazuje się, że realny koszt odbudowy to 400 tysięcy, a polisa stoi w miejscu. Matematyka nie zna litości, więc dom jest ubezpieczony tylko na 75 procent wartości. Reszta to już prywatna historia finansowa właściciela.

Rzeczoznawca majątkowy i ekspert od roszczeń Trevor Kelly nazywa rzecz po imieniu, więc niedoubezpieczenie to nie egzotyka, tylko codzienność, która wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy jest za późno. Nawet niewielki procent potrafi zamienić się w dziesiątki tysięcy euro dopłaty z własnej kieszeni. Nie chodzi tu wyłącznie o wielkie pożary czy wichury. Ryzyko rośnie w ciszy, razem z liczbą pomieszczeń i urządzeń.

Druga kuchnia to druga historia o ogniu. Więcej łazienek to więcej rur, a więc więcej miejsc, w których woda może znaleźć drogę tam, gdzie nie powinna. Dodatkowe obwody elektryczne i systemy grzewcze zwiększają obciążenie instalacji. Sieci, które projektowano dla jednego domu, nagle muszą obsłużyć dwa. Kanalizacja, przyłącza, zasilanie, wszystko pracuje ciężej. Do tego dochodzi materiał, bo wiele modułów powstaje w technologii szkieletowej, często z drewna, z płaskimi dachami i rozwiązaniami odbiegającymi od klasycznego budownictwa. Ubezpieczyciel patrzy na to chłodno, czyli inna konstrukcja to inna ocena ryzyka, a więc inna składka. Czasem wyższa, czasem obwarowana dodatkowymi warunkami. Właściciel widzi ładny, nowy budynek, a ubezpieczyciel zmienną, którą trzeba wycenić.

Jest jeszcze odpowiedzialność cywilna, temat, który lubi wracać w najmniej wygodnym momencie. Kto mieszka w module? Rodzina, gość, najemca? Jeśli pojawia się najem, zwykła polisa właściciela domu przestaje wystarczać. Potrzebna jest polisa dla wynajmującego, a brak zgłoszenia zmiany to klasyczna luka, przez którą roszczenia potrafią przecisnąć się bez pokrycia.

Politycy spierają się o sens „łóżek w szopach”, opozycja widzi ryzyko nadużyć, zwolennicy – szybkie lekarstwo na chroniczny niedobór mieszkań. Prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś pośrodku. Moduł w ogrodzie może być rozsądnym rozwiązaniem, ale pozwolenie na budowę to tylko jeden puzzel w tej układance. Drugi, mniej spektakularny, to rozmowa z ubezpieczycielem przed wbiciem pierwszej łopaty i aktualizacja sumy ubezpieczenia, gdy inwestycja staje się faktem.

Na koniec rzecz najprostsza i najczęściej zaniedbywana. Dokumenty. Faktury, specyfikacje, gwarancje, zdjęcia z kolejnych etapów budowy. W dniu szkody papier bywa ważniejszy niż beton, ponieważ pokazuje, co powstało i ile naprawdę kosztowało. Bez tego nawet najlepsza opowieść o domu może okazać się tylko opowieścią.

*

Czy aby na pewno chodzi o odpowiedzialność, czy może ubezpieczyciele zwąchali dodatkowe źródło dochodu? Jak sami mówią, prawda leży gdzieś po środku.

Bogdan Feręc

Źr. Independent

Photo by Howard R Wheeler on Unsplash

© Wszystkie materiały na stronie wydawcy Polska-IE – chronione są prawem autorskim.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version