Długi marsz w kierunku V Rzeczypospolitej (8). Kto z Was lubi swój Urząd Skarbowy?/ Felieton Jana A. Kowalskiego

Mój ulubiony urząd jest położony na terenie byłego zaboru rosyjskiego. Inne jest podejście do wymogów formalnych, bardziej ludzkie niż w byłym zaborze austriackim, gdzie jest dużo bardziej nieznośnie.

Żeby nie było niejasności, od razu odpowiadam: ja lubię! I piszę to w pełni świadomie, zdrowy na ciele i umyśle, tuż po zakończeniu kolejnej kontroli mojej firmy. I chociaż początek felietonu może na to nie wskazywać, to w trakcie wszystko się wyjaśni. Poważnie J

Zacznijmy zatem od niefortunnego początku. Był początek września ubiegłego roku. Wygrzewałem swoje kości (coraz starsze) na opuszczonej przez „szkołę” nadbałtyckiej plaży, gdy zadzwonił mój telefon. Dowiedziałem się o tym zaraz po powrocie do pensjonatu, gdzie leżał, czyli zdecydowanie po godzinie 16.00. To był ten numer. Oddzwoniłem następnego dnia, zaraz po śniadaniu i odbyłem bardzo nieprzyjemną rozmowę z kontrolerką US, wzywającą mnie do stawienia się w urzędzie następnego dnia. W końcu udało mi się wytłumaczyć, że to niemożliwe (700 km). Wizytę ustaliliśmy na dwa tygodnie później. Niemniej ton głosu kontrolerki nie był zachęcający.

Mielibyście łagodne brzmienie głosu, gdyby ktoś postraszył Was bronią? A taki właśnie przypadek odnotowała w swoim życiorysie moja kontrolerka. Zresztą z własnej winy, bo gdy ktoś wjeżdża na prywatne podwórko i pyta o Waszego brata, to chyba powinien się przedstawić, nieprawdaż? Zamiast odmowy podania powodu i nazwiska. O tym wszystkim dowiedziałem się właśnie podczas pierwszej wizyty w Urzędzie. Dowiedziałem się też, jak działa Jednolity Plik Kontrolny i od tego dnia stałem się jego zdeklarowanym zwolennikiem. JPK pozwala bowiem w szybkim czasie wykryć fikcyjną sprzedaż naszą lub brak jej odnotowania u naszego kontrahenta albo zwykłe gapiostwo. Co przydarzyło się niżej podpisanemu.

A potem było już tylko lepiej. Okazało się w konkluzji protokołu pokontrolnego, że na dodatek nierzetelnie prowadzę księgowość, bo nieodpowiednio księguję wpływy.

A sumienna kontrolerka, którą zdążyłem polubić (mam nadzieję, z wzajemnością), dokonała wszelkich wymaganych korekt w moich deklaracjach. Dla usprawiedliwienia podam, że jakieś 85% firm, z którymi zawieram transakcje, tak samo nieodpowiednio księguje swoje wpływy i wydatki.

Te, dla mnie drobne, uchybienia nie zakończyły się grzywną ani mandatem. Za poprzednich rządów i instrukcji ministra Kapicy dostałbym od progu co najmniej 500 zł mandatu. Najmniejszy możliwy wymiar kary, o czym ze zbolałą miną poinformowałaby mnie inna urzędniczka. I już chciałem napisać tekst wychwalający nowe czasy Dobrej Zmiany, gdy dotarło do mnie to pismo. Pismo z Urzędu Skarbowego, nawet nie pytajcie którego, wzywające mnie do zapłacenia 15 000 zł Vat za I i II kwartał 2018 i 750 zł odsetek. I straszące upublicznieniem mojego nazwiska, gdybym tego nie dokonał w przeciągu 30 dni.

Już wyjaśniam. Urząd oddał mi 16 000 złotych nadpłaconego Vat-u, zakwestionował kolejne 15 000, bo były niewłaściwie zaksięgowane. Będę miał prawo do zwrotu dopiero po złożeniu korekt do faktur sprzedaży, czyli po I kwartale br. Ale oddał mi 16 000 zł na dwa dni przed zakończeniem kontroli. I uznał za fakt bez znaczenia to, że wpłaciłem pieniądze w przewidzianym terminie. W dniu zakończenia kontroli pieniędzy na koncie Urzędu nie było, a zatem zostałem dodatkowo obciążony odsetkami, jakby ich nigdy nie było.

Wiem, w V Rzeczypospolitej coś takiego nie będzie się mogło zdarzyć. Ale żyjemy tu i teraz, w tej III i ½… i jestem w kropce. Bo mogę, co prawda, zwrócić się do naczelnika o umorzenie tych niesprawiedliwie naliczonych odsetek, ale tym samym ryzykuję wlepienie mi mandatu za nierzetelnie prowadzoną księgowość. Wychodzi na to samo, dlatego chyba nie będę się odwoływał.

A dlaczego lubię swój urząd skarbowy? Bo zdarzyło mi się poznać inne i wszystkie były gorsze. Dwa razy udało się mojemu ulubionemu urzędowi mnie pozbyć, na krótko. To wszystko geografia historyczna. Mój ulubiony urząd jest położony na terenie byłego zaboru rosyjskiego. Nawet w urzędzie inne jest podejście do wymogów formalnych, bardziej ludzkie. W urzędach byłego zaboru austriackiego, skąd zdarzyło mi się być wyrzucanym z racji fizycznego przebywania, jest pod tym względem dużo bardziej nieznośnie. Mój znajomy, na przykład, pod koniec lat 90. wysłał do naczelnika urzędu w jednym z miast galicyjskich wiersz jako wyjaśnienie. W zasadzie dwuwiersz o tym, że spóźnił się z deklaracją VAT o 1 dzień „nie ze złośliwości, ale z ludzkiej ułomności”. Tak to zgrabnie ujął i pojechał na urlop. A po powrocie czekała już na niego decyzja Urzędu: to, co wpłacił w terminie, ale bez deklaracji, razy trzy, jako kara za słaby rym.

A w moim urzędzie? Nawet jak zdarzało mi się być ukaranym podczas kolejnych kontroli, w sumie czterech na przestrzeni 20 lat, to zawsze łagodnie.

Wiem, mógłbym jeszcze mieć w papierach superporządek. Ale ponieważ jestem bałaganiarzem, to musiałbym komuś za ten superporządek płacić 6 000, albo nawet 10 000 złotych rocznie. Mandaty i te drobne niesprawiedliwości, jak ostatnia, kosztują mnie dużo, dużo mniej. Taka postawa jest zatem dla mnie zdecydowanie bardziej opłacalna. O opłacalności dla państwa (i Państwa też) będzie następnym razem.

Jan A. Kowalski

WNET.FM

Znajdź nas:

New Look zamyka kole
Joanna Horodyńska m
Translate »
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn