Demokracja nie kończy się na parlamentach i gabinetach ministrów, bo zaczyna się na poziomie lokalnym, czyli w radach miast i hrabstw, tam, gdzie decyzje mają bezpośredni wpływ na codzienne życie mieszkańców. I właśnie tam coraz częściej dociera fala internetowego hejtu.
Burmistrz miasta Drogheda i radna Michelle Hall przyznała, że radzenie sobie z nadużyciami w sieci skierowanymi wobec polityków może być „niezwykle trudne”. Jej własne doświadczenie pokazuje, jak cienka jest granica między krytyką a uporczywym nękaniem. „Byłam ofiarą wielu nadużyć w internecie. Bardzo trudno było sobie z tym poradzić” – powiedziała podczas posiedzenia Rady Hrabstwa Louth. Jak dodała, próby interwencji w firmach mediów społecznościowych nie przyniosły skutku. „Próbowałam współpracować z firmami mediów społecznościowych, ale one po prostu odmawiały”.
Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy publicznie opowiedziała o swoich doświadczeniach w mediach krajowych. „Potem wiele stron zostało usuniętych. Natychmiast się to skończyło” —- relacjonowała. Jej wystąpienie nastąpiło po prezentacji Stowarzyszenia Irlandzkich Władz Lokalnych (AILG), które reprezentuje 950 radnych w całej Irlandii i oferuje wsparcie wybranym przedstawicielom. Rzeczniczka organizacji przyznała, że zjawisko narasta. „Niestety, obserwujemy wzrost tego zjawiska. To naprawdę rozczarowujące” – powiedziała, podkreślając, że nadużycia szczególnie często dotykają kobiety.
W podobnym tonie wypowiadała się radna z Meath Sharon Tolan ostrzegając, że „mizoginia w polityce jest nie tylko obrzydliwa – jest niebezpieczna”.
Dla nowych radnych sytuacja bywa szczególnie dotkliwa. „Im dłużej jesteś w polityce, tym łatwiej, jak sądzę. Ale jest to bardzo trudne, jeśli jesteś nowym radnym, a zwłaszcza jeśli to miejscowi publikują te obelgi pod twoim adresem” – podkreśliła Hall. W małej społeczności internetowe obelgi nie znikają wraz z zamknięciem przeglądarki. Można spotkać ich autora w sklepie, na ulicy, w obecności rodziny. Radni, jak zaznaczyła Hall, są publiczną twarzą władz lokalnych i często stają się adresatami frustracji, które w istocie dotyczą całego systemu. Tymczasem partie polityczne już dziś mają problem z pozyskiwaniem kandydatów przed wyborami lokalnymi w 2029 roku. Rosnący poziom nadużyć działa odstraszająco – zwłaszcza wobec kobiet.
*
Hejt wobec polityków nie jest zjawiskiem nowym. Zmieniła się jednak jego skala, rodzaj i tempo. Internet nie zapomina, nie milknie i nie zna godzin pracy, to przestrzeń, w której emocje wyprzedzają refleksję. Trzeba jasno powiedzieć, że groźby wobec polityków i ich rodzin powinny zawsze spotykać się z potępieniem i karą. To przekroczenie granicy, której demokratyczne państwo nie może tolerować, ale nie udawajmy, że problem bierze się z próżni. Wcale się nie dziwię, że takie nadużycia się zdarzają, i jestem przekonany, że będą częstsze. Powodów może być kilka. Po pierwsze, przekonanie części polityków o własnej nieomylności, nierealizowanie obietnic wyborczych oraz brak realnej reakcji na słowa wypowiadane przez społeczeństwo. Po drugie, sytuacja w kraju, która miała się poprawiać, a wciąż grzęźniemy w coraz głębszym ekonomicznym bagnie.
W takim klimacie zdziwienie polityków może dziwić społeczeństwo, bo frustracja znajduje ujście tam, gdzie jest dzisiaj najłatwiej, czyli w internecie. Te dopuszczalne prawem internetowe połajanki są często wyrazem bezsilności i gniewu, choć nie usprawiedliwiają nadużyć, ale pokazują temperaturę nastrojów.
Demokracja wymaga odporności i to zarówno od obywateli, jak i od ich przedstawicieli. Jeśli jednak rośnie dystans między jednymi a drugimi, przestrzeń dialogu się kurczy, a w jej miejsce wchodzi krzyk. Natomiast ten, jak wiadomo, rzadko buduje mosty.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Andre Hunter on Unsplash

