Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

David Bowie. Człowiek, który wiedział wcześniej… 10. rocznica śmierci wielkiego artysty. Tomasz Wybranowski

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

David Bowie zmarł 10 stycznia 2016 roku. Dwa dni po swoich 69. urodzinach, dwa dni po premierze płyty „Blackstar”.

 Dla mnie te dziesięć lat minęło jak kilka tygodni. A może jak jedno, przeciągłe mrugnięcie oka. Pamiętam dokładnie ten moment. Niedziela. Informacja przyszła cicho, bez fanfar, jakby ktoś nie chciał zakłócać porządku dnia świętego. A jednak wszystko się zatrzymało.

Słuchając przejmującego songu „Lazarus” wiedziałem. Nie podejrzewałem. Wiedziałem. A potem zadzwoniłem do Sławka Orwata ze słowami „Bowie żegna się z nami”…

Tomasz Wybranowski


Tutaj do wysłuchania pierwsza część wspomnieniowych „Cieni w jaskini” z Davidem Bowiem w roli głównej:

Bowiem David Bowie – jak nikt inny – potrafił żegnać się sztuką, zanim świat zdążył zapytać „dlaczego?”. Był artystą, który od początku rozumiał, że życie to narracja, wielka i w przeważającej materii smutna opowieść, a śmierć jest jej ostatnim aktem. I jeśli już odchodzić, to zostawiając wieczny znak wodny na kulturze.

Chłopiec z Brixton

Urodził się jako David Robert Jones 8 stycznia 1947 roku w londyńskim Brixton – dzielnicy szorstkiej, robotniczej, dalekiej od blichtru. Ojciec pracował w organizacji charytatywnej, matka była kelnerką. W domu nie było luksusu, ale była muzyka: jazz, blues, amerykańskie płyty, radio.

Jako nastolatek David przeszedł coś, co naznaczyło go na całe życie. Nie był to żaden boski znak ani kaprys natury, tylko zwykła szkolna bójka o dziewczynę, jakich tysiące, zakończona jednym nieuważnym uderzeniem. Paznokieć George’a Underwooda trafił w lewe oko Davida Bowiego i zostawił po sobie trwałą pamiątkę

źrenicę, która już nigdy nie chciała się zamknąć.

Kolor oczu się nie zmienił, zmienił się sposób, w jaki światło osiadało na spojrzeniu, niby jedno oko żyło w innym czasie. Lekarze nazwali to anizokorią, fani zaś tajemnicą, a popkultura zrobiła z tego mit. David Bowie widział przez to gorzej głębię, ale lepiej rozumiał, że przypadek potrafi być początkiem stylu.


Nie udawał kosmity, on tylko wyglądał jak ktoś, kto wrócił z miejsca, którego jeszcze nie było na mapach. To spojrzenie nie było rekwizytem ani strategią wizerunkową, tylko blizną po młodości. I właśnie dlatego stało się jedną z najbardziej ludzkich ikon w historii muzyki. Charakterystyczna anizokoria sprawiła, że jedno oko wydawało się zawsze inne – ciemniejsze, głębsze, jak gdyby patrzył jednocześnie w dwa światyTen „defekt” stał się później jego znakiem rozpoznawczym.

Sam Bowie powie po latach: „Zawsze czułem się trochę obok. Jak obserwator, nie uczestnik.” I to „obok” stało się jego największą siłą.

Człowiek, który wymyślał siebie

David Bowie nie tyle zmieniał style, co wymyślał nowe języki kultury popularnejZiggy Stardust, Aladdin Sane, Thin White Duke to nie były kostiumy. To były projekty artystyczne, przemyślane, kompletne, filozoficzne.

Gdy w 1972 roku świat usłyszał „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”, nic już nie było takie samo. Glam rock stał się manifestem wolności, androgynii, nieoczywistej tożsamości.

Bowie mówił: „Nie wiem, kim jestem. Wiem tylko, kim mogę być.”

I właśnie dlatego był tak ważny dla tych, którzy nie mieścili się w żadnej definicji.

Berlin. Ucieczka i odrodzenie

Pod koniec lat 70. XX wieku David Bowie uciekał i to dosłownie. Przed samym sobą. Los Angeles, narkotyki, popadanie w paranoję, rozpady jażni i osobowości. Ratunkiem okazał się Berlin Zachodni. Miasto podzielone murem, brudne, tanie, pełne artystów i outsiderów.

Tutaj powstała trylogia berlińska„Low”„Heroes”„Lodger”. Płyty chłodne, fragmentaryczne, często eksperymentalne. Muzyka jak krajobraz po bombardowaniu, jak dusza po ciosach nieznanej czasoprzestrzeni innych jaźni tak zyjących bohatera.

„Heroes”okazał się hymnem złamanych, nie triumfujących. Opowieść o miłości możliwej „tylko na jeden dzień”. Bowie nie obiecywał zbawienia. On oferował chwilę, ale najwyższej próby.

„Mogę być bohaterem. Choćby na chwilę.”

I to wystarczało.

Głos, który opowiadał prawdę i przepowiadał przyszłość

Nie da się mówić o Davidzie Bowiem bez mówienia o Jego głosie. Ten baryton, pełen głębi aksamitu, ciepły, czasem lodowaty potrafił opowiadać historie jak stary bajarz i jak kronikarz końca świata. Był multiinstrumentalistą. Grał na ponad dwudziestu instrumentach. Ale przede wszystkim był

pisarzem w przebraniu muzyka.

Jego teksty czerpały z Orwella, Nietzschego, Junga, Burroughsa. Były pełne lęku, ironii, empatii. Jak w „Ashes to Ashes”, gdzie Major Tom wraca już nie jako bohater, lecz jako wrak:

„Z popiołów w popioły, z prochu w proch…”

To była odwaga: odbrązowić własny mit.

Artysta i biznesmen

Bowie doskonale rozumiał mechanizmy rynku. Nie wstydził się tego.

„Tworzę sztukę, a potem ją sprzedaję. Kiedy tworzę – jestem stuprocentowym artystą. Kiedy sprzedaję – stuprocentowym biznesmenem.”

To on jako jeden z pierwszych przewidział koniec klasycznego przemysłu muzycznego, erę streamingu i cyfrowej nadprodukcji. Ale nigdy nie schlebiał. To publiczność musiała dorosnąć do niego. Nigdy odwrotnie.

Czasy ciemności

Jedna z jego myśli brzmi dziś niemal proroczo:

Poganin to najlepsze określenie dla kogoś o nieoświeconym umyśle. Uważam, że współczesny człowiek staje się niestety właśnie kimś takim… Jeżeli już się nim nie stał, stosując się tylko do najprymitywniejszych standardów moralnych, duchowych czy intelektualnych, nawet nie kłopocząc się czymś takim, jak rozwój własnego wnętrza. Taki człowiek bazuje tylko na tym co materialne i doczesne. – David Bowie.Bowie widział świat jako miejsce, w którym duchowość przegrywa z konsumpcją, a refleksja z hałasem. Dlatego jego muzyka była przestrzenią ciszy, w której można było usłyszeć siebie.

Blackstar – pożegnanie

„Blackstar” nie jest płytą o śmierci. Jest płytą o świadomości końca. O patrzeniu w oczy temu, co nieuniknione, bez patosu, bez taniej wzniosłości. Bowie wiedział. I zrobił z tej wiedzy dzieło.

David Buckley napisał: „Zmienił życie większej liczbie ludzi niż jakakolwiek postać publiczna.”

Nie dlatego, że dawał odpowiedzi.
Ale dlatego, że uczył zadawać pytania. David Bowie fascynuje dziś bardziej niż kiedykolwiek. Pozostaje zagadką. Lustrem. Drogowskazem bez strzałek. Był i wciąż pozostaje głównym bohaterem muzyki popularnej ostatnich pięciu i pół dekady. Artystą, który nie bał się zmiany, starzenia, milczenia.

I choć odszedł, wciąż mówi do nas tym samym głosem:

Nie bój się być inny.
Nie bój się nie wiedzieć.
Nie bój się zniknąć – jeśli masz coś do powiedzenia.

Tomasz Wybranowski

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version