Irlandia stoi dziś na rozstaju, jak stary dąb targany wiatrem historii i wojna na Bliskim Wschodzie, która rozgrzewa świat niczym niesforny piec kaflowy na pełnym ogniu, zaczyna odbijać się na globalnych zasobach energii. Chociaż Dublin wciąż świeci pełnym blaskiem, a korki na autostradach nie wyglądają, jakby ktoś im kazał zniknąć, to pod powierzchnią narasta niepokój.
Wicepremier Simon Harris mówi jasno, że rząd „być może znów” poprosić obywateli o oszczędzanie energii. Nie ma planów ograniczania podróży, nie będzie powrotu do pandemicznych zakazów, a żołnierze nie ustawią się przy kolejkach na stacjach paliwowych, by bronić ostatnich kropel benzyny. Harris nie ukrywa też, że obecny kryzys jest największy, jaki świat widział, że Irlandia, choć silna gospodarczo, nie jest ze stali. Oficjalnie „nie ma obaw o dostawy”, słyszy się też słowa o wystarczających zapasach, a jednocześnie o zniszczeniach infrastruktury energetycznej na Bliskim Wschodzie tak poważnych, że nawet zakończenie konfliktu nie rozwiąże problemu przez większą część roku, więc ta narracja nie utrzyma się w nieskończoność.
Minister Harris dodaje, że tutejsze społeczeństwo potrafi zacisnąć zęby, wyłączyć zbędne światła, skrócić prysznic, ale trzeba powiedzieć to głośno, że wkrótce zaleceń będzie więcej. Tylko kwestią czasu jest moment, w którym rząd zacznie mocniej naciskać na oszczędzanie, bo ceny już zmieniają przyzwyczajenia podróżnych, a globalna sytuacja przybiera kształt powolnej, narastającej burzy.
Czy dojdzie do racjonowania paliwa lub kontrolowanych wyłączeń prądu? Na dziś – nie, ale jeśli konflikt potrwa miesiące, tak jak ostrzega Międzynarodowa Agencja Energetyczna, jeśli ropa i gaz będą znikać z rynku, wtedy pytanie nie będzie już brzmiało „czy?”, tylko „kiedy i w jakiej formie”? Irlandia ma siłę gospodarczą, ale nie jest samowystarczalna w sensie energetycznym i fale globalnego kryzysu uderzą tu prędzej czy później. Rząd zapewnia, że działa krok po kroku, z rozwagą i faktycznie – nieśpiesznie oraz słabo, ale wspiera obywateli, czyli łagodzi ceny paliw, prowadzi rozmowy z rolnikami i biznesem. Jednak prawda jest taka, że cały świat przygotowuje się na różne scenariusze, a ten najbardziej ponury już majaczy na horyzoncie.
Dziś nie ma jednak sensu udawać, że sytuacja jest stabilna, bo czekają nas miesiące niepewności, uważniejszego patrzenia na rachunki i czujnego nasłuchiwania komunikatów rządu, a także wiadomości ze świata.
Niestety w narracji rządu jest pewna nieścisłość, a chodzi o naszych wschodnich sąsiadów. Downing Street apeluje do mieszkańców Wielkiej Brytanii, aby oszczędzali paliwo, ale i wolniej jeździli, by nie doprowadzić do drastycznego zmniejszenia zapasów benzyny, oleju napędowego oraz grzewczego. Apeluje się też, aby podróże odbywały się transportem publicznym. Co ciekawe, mówi się również o oszczędzaniu energii elektrycznej. Wszystko to dzieje się dlatego, że zapasy paliw pędnych i grzewczych, ale i gazu, zmniejszyły się do niebezpiecznych poziomów.
Gdzie jednak jest w tym wszystkim Irlandia? Jakby ktoś nie pamiętał, większość gazu i produktów rafineryjnych Republika Irlandii kupuje właśnie w Wielkiej Brytanii, a te transportowane są przez Morze Irlandzkie rurociągami z sąsiedniej wyspy. Obecnie około 80% gazu zużywanego w Irlandii pochodzi z zakupów w Wielkiej Brytanii. Podobnie, choć znacznie mniej sprowadza się paliw, ale nie można użyć tutaj stwierdzenia, że ewentualna reglamentacja paliw w Wielkiej Brytanii, nie będzie miała wpływu na dostawy do Republiki Irlandii.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by siddharth kushwaha on Unsplash

