Debata o deportacjach i kontroli migracji wraca w Irlandii jak przypływ, czyli regularnie i z rosnącą siłą emocji, ale wciąż z ograniczonymi zmianami systemowymi. Najnowsze wypowiedzi rządu sugerują jednak jednoznacznie, że Dublin nie planuje kopiować amerykańskiego modelu agresywnego egzekwowania prawa imigracyjnego.
Minister sprawiedliwości Jim O’Callaghan stwierdził wprost, że Irlandia jest „nigdzie blisko” do wprowadzenia systemu deportacji podobnego do działań amerykańskiej służby ICE. W USA agenci tej formacji prowadzą m.in. operacje zatrzymań w przestrzeni publicznej wobec osób bez prawa pobytu, a to scenariusz, który w irlandzkiej debacie publicznej pojawia się raczej jako kontrast niż plan działania. Minister podkreślił, że irlandzki system opiera się na zasadzie: najpierw obowiązek dobrowolnego opuszczenia kraju, dopiero potem egzekwowanie decyzji. W praktyce oznacza to, że osoby z nakazem deportacji, jak np. po odrzuceniu wniosku azylowego lub po wygaśnięciu wizy, najpierw powinny wyjechać same, a dopiero brak reakcji skutkuje przymusowym wydaleniem.
W warstwie politycznej przekaz jest jasny, więc państwo chce pokazać, że kontroluje system, ale bez modelu masowych operacji ulicznych znanych z USA, jednak od lat wiadomo, że ten system akurat nie działa.
Irlandia deportuje ludzi i robi to coraz częściej, choć skala jest relatywnie ograniczona i przykładowo w 2025 r. prowadzono operacje czarterowe deportujące m.in. osoby do Nigerii, z równolegle funkcjonującym programem dobrowolnych powrotów, który jest preferowaną ścieżką pozbywania się nielegalnych migrantów. Jak zaznacza się w informacjach płynących z kół rządowych, liczba podpisywanych nakazów deportacji rośnie, ale faktyczne usunięcia z kraju nadal stanowią tylko część, na dodatek niewielką, decyzji administracyjnych.
Rząd podkreśla jednocześnie, że zwiększa możliwości logistyczne deportacji, ale jednocześnie podkreśla, że system ma pozostać „oparty na zasadach”, a nie na pokazowych operacjach siłowych. W takim motelu rzeczywistość staje się bardziej złożona i z oficjalnych danych wiemy, że tylko niewielki procent nakazów deportacji kończył się realnym wydaleniem z kraju, choć rząd twierdzi, iż sytuacja się poprawia.
Presja polityczna nie wynika tylko z migracji, lecz także z kosztów. Zakwaterowanie osób ubiegających się o ochronę międzynarodową kosztowało państwo ok. 1,2 mld euro rocznie, co budzi niezadowolenie społeczne i coraz częściej padają pytania, kto za to płaci. Sceptycy łagodnego podejścia do nielegalnych migrantów twierdzą, że tracą na tym realnie stali mieszkańcy kraju, gdyż brakuje pieniędzy na programy społeczne i socjalne. Rząd nie pozostaje bierny wobec tych słów krytyki i odpowiada na to, że zmniejsza obciążenia finansowe Skarbu Państwa poprzez kupowanie nieruchomości dla nielegalnych migrantów, by tam znaleźli dach nad głową, zamiast wynajmować pokoje w hotelach, ale zwiększa też liczbę miejsc noclegowych należących bezpośrednio do państwa.
Gabinet podkreśla, iż prowadzi także działania w kierunku przejmowania dużych obiektów, jak hotel Citywest, by obniżyć koszty w długim terminie. Do tego ministrowie dodają, że ta część polityki migracyjnej jest równie ważna, jak deportacje, bo to budżet, a nie ideologia, często decyduje o kierunku zmian.
Na marginesie można dodać, iż rodowici mieszkańcy Zielonej Wyspy, jak i rezydenci, nie są zadowoleni z tych wyjaśnień i utrzymują, że ich pieniądze z podatków nadal wydawane są na nielegalnych migrantów, ale w inny sposób. Część osób zastanawia się, czy Dublin nie mógłby zastosować rozwiązań znanych z USA i po prostu ich skopiować, aby z kraju zniknęły osoby bez prawa pobytu.
Tu rząd również ma wytłumaczenie i mówi, że powody są strukturalne, nie tylko polityczne. Po pierwsze blokadę wprowadziło prawo Unii Europejskiej i europejska tradycja administracyjna stawiają większy nacisk na procedury i dobrowolne powroty. Po drugie skala migracji i realia geograficzne są inne niż w USA, więc Irlandia jest wyspą i działa w systemie Schengen (choć nie jest w tej strefie formalnie), co zmienia logistykę kontroli. Po trzecie kultura polityczna i nawet przy rosnącej presji społecznej rządy irlandzkie raczej wzmacniają egzekwowanie istniejących przepisów, niż tworzą radykalnie nowe mechanizmy.
Niestety, przynajmniej dla gabinetu i na te argumenty znaleziono słowa sprzeciwu, bo mówi się, że skoro Irlandia jest wyspą, znacznie łatwiej jest ograniczyć do niej dostęp. Do tego podkreśla się, iż prawo unijne nie może wpływać zbyt głęboko na decyzje, które bezpośrednio dotyczą sfery bezpieczeństwa Republiki, a za taką uważa się ochronę granic.
Można też na koniec zastanowić się, w jakim kierunku pójdzie Zielona Wyspa, a najbardziej realne scenariusze na najbliższe lata mogą wyglądać w następujący sposób:
– więcej deportacji, ale przez istniejące procedury,
– więcej lotów czarterowych i egzekucji decyzji administracyjnych,
– szybsze procedury azylowe,
– nacisk na dobrowolne powroty zamiast siłowych zatrzymań ulicznych.
*
Krótko mówiąc, system może być twardszy, ale raczej nie spektakularny w amerykańskim stylu. Dlaczego? Na przeszkodzie stoi Bruksela, co jest kolejnym argumentem, że wiele złego w Unii Europejskiej wydarzyło się przez decyzje Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego oraz politykę prowadzoną przez Niemcy oraz Francję. Tym samym można wrócić do punktu, w którym rośnie w Irlandii grupa eurosceptyków, a co coraz odważniej mówią, że z Unią Europejską jest Szmaragdowej Wyspie, jest coraz mniej po drodze. Do tego dochodzą opinie grup wsparcia dla migrantów, którzy są zdania, że nielegalni nawet migranci, ale też ci z innych kręgów kulturowych, bez wykształcenia i umiejętności, są jednak wartością dodaną.
Cóż, lewactwo ze spranymi ideologicznie mózgami wciąż jeszcze ma dużą siłę przebicia, choć słabnącą, co widać zarówno w Republice Irlandii, jak i na kontynencie europejskim.
Bogdan Feręc
Źr. The Mirror
Photo by silvia maidagan on Unsplash

