Cud miód z małym potknięciem

Nic na to nie poradzę, że zwracam uwagę na szczegóły, co za złe mają mi niekiedy znajomi, a i bliższa rodzina. W jeszcze gorszej sytuacji są ludzie, których spotykam na swojej życiowej drodze, a już bary i restauracje są wręcz moim konikiem.

 

Zacznę od tego, że będę chwalił, bo takie słowa z całą pewnością się należą, a wszystko zaczęło się od burczenia w brzuchu. Bawiąc w Łodzi, porzuciłem jedno ze swoich ulubionych zajęć – gotowanie i stołuję się w jadłodajniach, a te uważam za dobre miejsca w równym stopniu dla turystów, jak i dla całych zapracowanych rodzin.

Szczególnie przypadł mi do gustu bar na Teofilowie, a konkretnie na ulicy Traktorowej 63 i do tego wchodzę, kiedy tylko jestem w Łodzi.

 

Jedzenie mają genialne, co potwierdzam oraz szczerze polecam i gdyby ktoś akurat był w tym rejonie, to może bez obaw może wpaść tam na tradycyjny obiad. Ostania moja wizyta w jadłodajni, zaowocowała łódzką zalewajką, czyli dla nieobeznanych, można powiedzieć czymś podobnym do żuru.

W składzie tej jakże łódzkiej zupy znalazłem ziemniaki, czyli nasze zwyczajne kartofle, sporo pokrojonej wędzonej kiełbasy, a i kawałki boczku pływały sobie radośnie w gęstawej zawiesinie. Kwaskowa była także odpowiednio, a całość była doskonale przyprawiona, czyli w gwarze kucharskiej wysmaczona.

Ciekawy był sposób podania, bo na moim stole zalewajka pojawiła się w obtłuczonym emaliowanym rondelku, ale tego nie można traktować, jako zarzut, a typowy łódzki folklor, za co kolejne słowa uznania.

 

Drugie danie nie mogło obyć się bez schabowego, ale z moich irlandzkich przyzwyczajeń wyniknęło, że zamiast tłuczonych kartofli, zażyczyłem sobie frytki. Cóż, jak szaleć, to szaleć. Całości dopełnił bukiet surówek, więc można było zajadać.

Schaboszczak nie był mały, co widać na zdjęciu, a i frytek oraz surówek było sporo, czyli mogę nazwać to solidną porcją.

 

Tu trochę będę się czepiał, bo nasz rodzimy schabowy, nie powinien być aż taki cienki, jak Wiener Schnitzel z okolic Wiednia, a ten taki był. To mógłbym przeboleć, bo dobrze wygląda marketingowo, ale kolejna wpadka, zasługuje na ostrą naganę. Drodzy moi, na podłodze, w okolicy okienka, gdzie zwraca się naczynia, maszerował sobie całkiem sporych rozmiarów karaluch w kolorze rudawym.

Oczywiście rozumiem, że Sanepid nie musi o wszystkim wiedzieć, więc i ode mnie się tego nie dowie, ale zróbcie coś, przynajmniej z tym jednym.

 

Będąc w okolicach narzekań, można też pouczyć panią kasjerkę, że drobny uśmiech na jej twarzy, nie będzie niczym zdrożnym. Młode jest dziewczę, to może nie poznała jeszcze wszystkich tajników handlu, bo nie chcę powiedzieć, że to typowe zachowanie w Polsce.

 

Przejdę teraz do oceny ogólnej, a ta w punktacji o 1 do 10, będzie bardzo wysoka. Lokalowi „Rajskie Jadło”, a nazwa, nawiasem mówiąc,  odpowiada podawanym tam daniom, przyznaję w mojej skali punktów 9. Problemem był tylko ten mały, biegający karaluszek, bo bez niego, byłaby dycha.

Na koniec, kolejny raz powiem, że polecam ten lokal, bo jedzenie mają takie, jak brzmi nazwa – rajskie.

Bogdan Feręc

Podziel się z innymi:
Frustracja irlandzki
Dżihadyści chcieli

Translate »