Irlandzkie miejsca pracy znalazły się w realnym niebezpieczeństwie i narastający konflikt handlowy między Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską, przestaje być abstrakcyjnym sporem dyplomatów. Coraz wyraźniej rysuje się jako zagrożenie dla zatrudnienia, stabilności firm i spójności irlandzkiej gospodarki.
Scenariusz jest ponury, bo Irlandia znajduje się w klasycznej sytuacji bez dobrego wyjścia. Jeśli Unia Europejska zdecyduje się odpowiedzieć na amerykańskie cła, kraj, jako część wspólnego rynku, wciągnięty będzie w wojnę handlową ze swoim największym partnerem eksportowym. Jeśli natomiast UE nie zareaguje, ryzykuje utrwalenie precedensu, w którym presja polityczna i groźby taryfowe stają się nową normą. W obu przypadkach koszty poniosą pracownicy.
Irlandzka gospodarka jest wyjątkowo wrażliwa na takie wstrząsy, ponieważ opiera się na eksporcie, inwestycjach zagranicznych i obecności międzynarodowych koncernów, dla których dostęp do rynku amerykańskiego ma kluczowe znaczenie. Każde dodatkowe cło oznacza wyższe koszty, mniejszą konkurencyjność i presję na marże. W praktyce firmy mają tylko kilka narzędzi reakcji, w tym ograniczenie inwestycji, zamrażanie rekrutacji lub redukcję zatrudnienia, a jak wiadomo, to właśnie miejsca pracy są pierwszą ofiarą wojen handlowych.
Widmo wzrostu bezrobocia nie dotyczy wyłącznie jednego sektora. Skutki ceł rozlewają się kaskadowo od przemysłu i eksportu, przez logistykę, usługi, aż po lokalne gospodarki, które zależne są od dochodów pracowników dużych firm. Nawet przedsiębiorstwa, które nie handlują bezpośrednio z USA, odczują pośrednio konsekwencje, więc słabszy popyt, niepewność kontrahentów, ostrożniejsze banki. Najbardziej niepokojące jest jednak to, że zagrożenie dla miejsc pracy pojawia się w momencie, gdy globalna niepewność już wcześniej osłabiła nastroje przedsiębiorstw. Wojna handlowa nie spada na rynek pracy jak pojedynczy grom z jasnego nieba. Raczej dokłada kolejną warstwę ryzyka do systemu, który i tak działa pod rosnącą presją kosztów, kredytu i geopolityki.
Irlandia stoi więc przed trudną prawdą, bo decyzje podejmowane poza jej granicami i mogą bezpośrednio przełożyć się na liczbę etatów w kraju. Niezależnie od tego, czy UE zdecyduje się na ostrą odpowiedź, czy na próbę deeskalacji, rynek pracy na wyspie znajdzie się na linii frontu. Natomiast wzrost bezrobocia, kiedy zostanie raz uruchomiony, będzie miał tę nieprzyjemną cechę, że nie zniknie natychmiast, nawet po uspokojeniu całej sytuacji.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Shutter Speed on Unsplash

