Gdy kurz bitewny w północnej części Dublina zdawał się opadać, a echa krwawych porachunków gangów powoli cichły w świadomości społecznej, na horyzoncie pojawiła się postać, która dla wielu jest uosobieniem mrocznej historii miasta. Gerry „The Monk” Hutch, człowiek, którego nazwisko przez dekady budziło respekt zmieszany z przerażeniem, nie zamierza przechodzić na emeryturę w słońcu Lanzarote.
Zamiast tego, z determinacją godną wytrawnego gracza, ogłasza swój powrót na polityczną scenę Irlandii. To nie jest zwykła kampania wyborcza, a ponownie rzucone prosto w twarz państwowym instytucjom wyzwanie, które stawia Dublin Central w centrum bezprecedensowego widowiska demokratycznego.
Hutch postrzegany przez śledczych jako domniemany mózg jednej z najpotężniejszych grup przestępczych w historii kraju, zamienił hiszpańską sielankę na chłodną kalkulację wyborczą. Jego deklaracja o ponownym powrocie do kraju, by oficjalnie zarejestrować się jako kandydat w wyborach uzupełniających, wstrząsnęła częścią opinii publicznej. Słowa o rozpoczęciu wyścigu brzmią w jego ustach niemal jak techniczny opis kolejnej operacji logistycznej, tyle że tym razem towarem nie są kontenerowe ładunki, lecz głosy obywateli.
„Mnich” wkracza w cyfrową przestrzeń z pewnością siebie, apelując w mediach społecznościowych o „głos pierwszego wyboru”, czyli preferencyjny, jakby lata spędzone w cieniu wymiaru sprawiedliwości były jedynie nieistotnym przypisem do jego biografii.
Miejsce w Dáil, o które ubiega się Hutch, zwolniło się po rezygnacji Paschala Donohoe z Fine Gael na rzecz wysokiego stanowiska w Banku Światowym, co stworzyło polityczną próżnię w okręgu Dublin Central. To ironia losu, że fotel zwolniony przez architekta europejskiej polityki finansowej może teraz zająć człowiek, którego życie było nieustanną grą z prawem i systemem bankowym, choć w nieco mniej formalnym wydaniu.
Hutch deklaruje, że ma „takie same szanse jak każdy inny” i zdaje się ignorować ciężar swojego dziedzictwa, stawiając na populizm, co było widoczne już poprzednim razem oraz bezpośredni kontakt z ludźmi, którzy w zaniedbanych rejonach śródmieścia czują się zapomniani przez establishment.
Reakcje politycznych gigantów na ten ruch są wymowne w swojej powściągliwości. Liderka Sinn Féin Mary Lou McDonald podczas zjazdu swojej partii zbyła sensacyjne doniesienia z niemal stoickim spokojem. Jej słowa o tym, że każdy ma prawo walczyć w wyborach, są majstersztykiem politycznej poprawności, pod którą kryje się jednak głęboka świadomość zagrożenia.
Dublin Central to dla Sinn Féin bastion, „niesamowite i zróżnicowane środowisko”, które od pokoleń zmaga się z ogromną presją społeczną i ekonomiczną. McDonald twardo stoi na stanowisku, że to jej partia jest jedynym lekarstwem na problemy mieszkańców Cabry czy śródmieścia, jednak obecność Hutcha w wyścigu wprowadza do tej narracji element chaosu, którego nie da się łatwo kontrolować.
Krajobraz polityczny Dublina stoi więc przed kolejnym testem dojrzałości, bo z jednej strony mamy demokratyczny dogmat, który pozwala każdemu obywatelowi nieobciążonemu prawomocnym wyrokiem ubiegać się o mandat. Z drugiej strony pojawia się pytanie o moralną kondycję parlamentu i sygnał, jaki płynie do młodego pokolenia w dzielnicach, gdzie granica między mitem „szlachetnego bandyty” a brutalną rzeczywistością przestępczą bywa niebezpiecznie zacierana.
Hutch nie idzie po mandat tylko po to, by zasiadać w ławach poselskich; on idzie po legitymizację, której system odmawiał mu przez dziesięciolecia.
Czas nagli, a zegar tyka nieubłaganie w stronę południa 1 maja. Do tego momentu Hutch musi dopełnić formalności, by 22 maja stanąć przed sądem najważniejszym, czyli osądem wyborców. Niezależnie od wyniku, sama jego obecność na kartach do głosowania jest symbolem pęknięć w irlandzkim systemie społecznym. Walka o Dublin Central przestaje być starciem idei gospodarczych czy socjalnych, a staje się walką o duszę miasta, w którym cienie przeszłości wciąż potrafią materializować się w świetle jupiterów kampanii wyborczej. To będzie wyścig, w którym stawką jest coś znacznie cenniejszego niż jeden fotel w parlamencie – to sprawdzian siły przyciągania legendy człowieka, który postanowił nie odpuszczać.
Bogdan Feręc
Źr. PA Media
Fot. X – Gerry Hutch

