Podczas gdy uwaga opinii publicznej i rządu w Dublinie od dziesięcioleci koncentruje się na przyciąganiu globalnych gigantów technologicznych i finansowych, w cieniu wielkich korporacji dochodzi do niepokojącego i systematycznego procesu, który może zaważyć na suwerenności gospodarczej kraju.
Irlandia w sposób niezwykle dyskretny, lecz niezwykle dynamiczny wyprzedaje swoje rodzime przedsiębiorstwa, a zjawisko to przybrało już taką skalę, że obecnie w każdy dzień roboczy co najmniej jedna irlandzka firma przechodzi w ręce zagranicznego kapitału. Ta tendencja budzi coraz większy opór i niepokój wśród liderów krajowego biznesu, którzy ostrzegają przed długofalowymi, destrukcyjnymi konsekwencjami dla lokalnego rynku pracy oraz innowacyjności.
Głos w tej sprawie zabrał dyrektor generalny agencji marketingowej Wolfgang Digital Alan Coleman, który bez ogródek diagnozuje strukturalny problem rodzimej gospodarki. Jego zdaniem Irlandczycy wykazują nieprzeciętny talent do budowania niezwykle wartościowych, prężnie rozwijających się biznesów, jednak kompletnie ponoszą porażkę na polu ich długoterminowego utrzymania we własnych rękach. Skalę tego zjawiska najlepiej obrazują twarde dane finansowe, z których wynika, że międzynarodowe fundusze i zagraniczni nabywcy wydają obecnie na zakup irlandzkich aktywów znacznie większe sumy, niż sam irlandzki rząd przeznacza na kluczowe inwestycje kapitałowe. Szacunki pokazują zatrważającą dysproporcję, ponieważ od 2018 roku, zagraniczne podmioty przeznaczyły na przejęcia irlandzkich firm 103 miliardy euro, podczas gdy w tym samym okresie państwowe nakłady inwestycyjne wyniosły zaledwie 81 miliardów euro.
Konsekwencje utraty kontroli nad rodzimym biznesem wykraczają daleko poza samą formalną zmianę w strukturze akcjonariatu. Moment, w którym lokalna firma zostaje sprzedana podmiotowi zza granicy, staje się zazwyczaj początkiem głębokich zmian strukturalnych. Wraz z podpisaniem umowy bezpowrotnie znikają wypracowane w kraju prawa własności, a cenna własność intelektualna opuszcza granice Irlandii.
Kapitał zagraniczny rzadko kiedy wykazuje sentyment do lokalnego rynku, co natychmiast uderza w bezpieczeństwo zatrudnienia dotychczasowych pracowników, a także zmienia trajektorię przepływu zysków. Te natomiast, które do tej pory byłyby naturalnie reinwestowane na miejscu, zasilając irlandzką gospodarkę i stymulując jej dalszy wzrost, bezpowrotnie transferowane są do central zlokalizowanych w innych państwach.
Sytuacja to w dużej mierze niezamierzony efekt wieloletniej, skądinąd bardzo skutecznej polityki gospodarczej kraju. Irlandzki rząd przez dekady intensywnie promował wyspę na arenie międzynarodowej jako idealne, stabilne i przyjazne miejsce do prowadzenia interesów przez globalne korporacje. Skutkiem ubocznym tej strategii stało się jednak uświadomienie zagranicznym inwestorom, że irlandzkie firmy średniej wielkości są doskonałym celem do przejęcia. Atrakcyjność lokalnego rynku sprawiła, że w procesach akwizycyjnych kapitał krajowy został niemal całkowicie zmarginalizowany. Obecnie, gdy dochodzi do transakcji zakupu irlandzkiego przedsiębiorstwa, zaledwie 15 procent zaangażowanych środków pochodzi z Irlandii, podczas gdy aż 85 procent funduszy płynie z zagranicy.
Dodatkowym czynnikiem przyspieszającym ten proces są głębokie przemiany kulturowe i demograficzne, jakie dokonały się w irlandzkim społeczeństwie na przestrzeni ostatnich dekad.
Tradycyjnie tutejsza przedsiębiorczość opierała się na silnych firmach rodzinnych, które z dumą przekazywano z pokolenia na pokolenie. Współcześnie utrzymanie tej ciągłości stało się niezwykle trudne. Dzisiejsze rodziny są mniejsze, a młodsze pokolenie ma przed sobą nieporównywalnie więcej ścieżek kariery niż ich rodzice czy dziadkowie. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przy bezrobociu sięgającym 17 procent, rodzeństwo potrafiło zaciekle rywalizować o możliwość przejęcia rodzinnego zakładu, traktując to jako jedyną szansę na stabilną przyszłość. Dziś, a w warunkach pełnego zatrudnienia, potencjalni spadkobiercy bez trudu znajdują prestiżowe zatrudnienie w korporacjach, gwarantujące im wysokie, sześciocyfrowe zarobki i luksusowe życie w stolicy. W efekcie starsi właściciele firm, nie mając naturalnych następców w rodzinie, znacznie chętniej decydują się na sprzedaż dorobku życia funduszom inwestycyjnym.
Niestety, motywacje stojące za zagranicznymi przejęciami rzadko opierają się na chęci rozwoju unikalnej usługi czy produktu oferowanego przez daną firmę. Głównym celem pozostaje niemal wyłącznie bezwzględna maksymalizacja zysków. Nowi inwestorzy rzadko wnoszą do irlandzkiego biznesu realną gotówkę, która mogłaby posłużyć jako impuls rozwojowy. Zamiast tego transakcje są w dużej mierze finansowane długiem, który następnie musi być spłacany z bieżącej działalności przejętego przedsiębiorstwa, co dodatkowo obciąża firmę i ogranicza jej potencjał innowacyjny.
Żeby powstrzymać ten niebezpieczny trend i uratować narodową strukturę własności, konieczne są natychmiastowe i odważne reformy.
Jednym z najbardziej obiecujących rozwiązań, które mogłoby zrównoważyć presję zagranicznego kapitału, jest stworzenie mechanizmów zachęcających właścicieli do przekazywania firm w ręce zatrudnionych w nich ludzi. Wprowadzenie i popularyzacja funduszy akcjonariatu pracowniczego mogłoby diametralnie zmienić sytuację na rynku. Rozwiązania te, sprawdzone z sukcesem w innych rozwiniętych gospodarkach, nie tylko skutecznie chronią lokalne miejsca pracy i gwarantują pozostanie kapitału w kraju, ale również w udowodniony sposób podnoszą ogólną produktywność przedsiębiorstw. Bez takich zmian Irlandia ryzykuje, że wkrótce stanie się jedynie montownią i zapleczem administracyjnym dla obcego kapitału, pozbawioną własnych, silnych korzeni gospodarczych.
Bogdan Feręc
Źr. Independent

