W kraju, w którym publiczna służba zdrowia od lat zmaga się z przeciążeniem, kolejkami i brakami kadrowymi, coraz większą frustrację budzi jeszcze jeden problem, czyli opłaty za parkingi przy szpitalach. Jak pokazują nowe dane, mieszkańcy tego kraju wydali w ubiegłym roku aż 17 milionów euro na samo parkowanie przy placówkach medycznych. To wzrost o 140 procent w porównaniu z 2021 rokiem, gdy kwota wynosiła 10 milionów euro.
Kwoty mówią więcej niż niejeden raport, bo dla wielu rodzin koszt wizyty w szpitalu zaczyna się teraz jeszcze przed wejściem na oddział. W programie radiowym stacji News Talk słuchaczka Eimear opowiadała o doświadczeniu dobrze znanym tysiącom ludzi w całej Irlandii, więc codziennych wizytach u chorego członka rodziny, stresie i rosnących rachunkach, które pojawiają się niejako przy okazji choroby. – Wszystko się sumuje – powiedziała. Jak tłumaczyła, podczas pobytu krewnego w szpitalu zdarzało jej się przyjeżdżać dwa lub trzy razy dziennie, czasem również z matką, która sama nie prowadzi samochodu. W praktyce oznaczało to wydatki rzędu 8–12 euro każdego dnia, a niekiedy nawet kwoty były wyższe.
I właśnie tu pojawia się pytanie, którego politycy od dawna unikają odpowiedzi na pytanie: czy parking przy szpitalu powinien działać jak zwykły komercyjny biznes?
Dla osób odwiedzających bliskich opłata parkingowa nie jest luksusem ani wygodą. To często konieczność. Zwłaszcza że transport publiczny do wielu placówek pozostaje ograniczony, a rodziny muszą działać szybko, szczególnie w sytuacjach nagłych. Eimear zwróciła uwagę także na inny absurd systemu, czyli brak samych miejsc parkingowych. Opisała sytuację, gdy przed wjazdem na parking przy ostrym dyżurze musiała czekać 15–20 minut w kolejce.
– Patrzysz na zegarek, bo wiesz, że wydatki rosną – mówiła.
To zdanie dobrze oddaje psychologiczny ciężar całego problemu. Ludzie jadą do szpitala w stresie związanym ze zdrowiem bliskiej osoby, a jednocześnie kalkulują koszty postoju i czas spędzony za szlabanem. W praktyce powstaje sytuacja, w której choroba staje się finansowym testem wytrzymałości także dla rodzin.
Szczególnie dotkliwie odczuwają to osoby regularnie odwiedzające szpitale, więc rodzice dzieci leczonych przewlekle, seniorzy dowożący partnerów na terapię czy rodziny pacjentów onkologicznych. Dla nich parking nie jest jednorazowym wydatkiem, lecz stałym kosztem życia.
Rosnące wpływy z parkingów pokazują również coś jeszcze, że państwo coraz częściej przerzuca koszty funkcjonowania infrastruktury publicznej bezpośrednio na obywateli. Po cichu, bez wielkich debat i konferencji prasowych.
Eimear zasugerowała, że rozwiązaniem mogłyby być alternatywy transportowe, takie jak systemy Park&Ride czy lepsze połączenia komunikacyjne ze szpitalami. – Trzeba to rozważyć pod kątem pojemności parkingów – podkreśliła.
To rozsądny postulat, ale problem wydaje się głębszy, bo jeśli państwo przez lata nie potrafi stworzyć wydolnego transportu publicznego, przynajmniej w okolice najważniejszych placówek medycznych, samochód przestaje być wyborem. Staje się w takim przypadku przymusem, a każdy przymus łatwo zamienić w źródło dochodu.
W teorii szpital ma być miejscem leczenia. Coraz częściej jednak dla wielu rodzin staje się także miejscem kolejnych rachunków i trudno oprzeć się wrażeniu, że w Irlandii nawet droga do bliskiego chorego zaczyna mieć swoją cenę.
Bogdan Feręc
Źr. News Talk
Fot. Archiwum własne

