Najnowsze dane finansowe z kampanii przed wyborami uzupełniającymi rzucają światło na rzeczywistość irlandzkiej sceny politycznej, w której tradycyjne metody walki o głos wciąż dominują nad nowoczesnymi technologiami. Analiza kosztów poniesionych przez poszczególne ugrupowania dowodzi jednej, kluczowej prawidłowości, że potężny budżet nie gwarantuje już sukcesu wyborczego.
Choć partia Fine Gael zainwestowała w miniony wyścig blisko 77 tysięcy euro, dystansując konkurencję i wydając o niemal 20 tysięcy euro więcej niż druga na liście Fianna Fáil, to ostateczne wyniki pokazały, że o mandacie decydują inne czynniki niż głębokość partyjnego portfela.
Zaskakujący dowód na tę tezę przyniósł okręg Dublin Central. Socjaldemokraci zdobyli tam mandat dla radnego Daniela Ennisa, przeznaczając na jego kampanię zaledwie 16,4 tysiąca euro. To mniej niż połowa kwoty, jaką Fine Gael bezskutecznie ulokowało w kampanii burmistrza Raya McAdama (35,2 tysiąca euro). Eksperci ds. komunikacji politycznej podkreślają, że ani agresywne dofinansowanie, ani wysokie zasięgi organiczne w sieci nie przełożyły się wprost na polityczne triumfy, co czyni te wybory jaskrawym przykładem nieprzewidywalności współczesnego elektoratu.
Głównym motywem determinującym koszty okazała się nie tyle strategia polityczna, ile uwarunkowania geograficzne. Z wyjątkiem ugrupowania People Before Profit, każda partia wydała znacznie więcej środków na kampanię w okręgu Galway West niż w Dublinie. Różnica ta wynika wprost z logistyki. Dublin Central to zwarty, miejski rejon, który sztaby wyborcze mogą fizycznie zabezpieczyć w relatywnie krótkim czasie. Z kolei Galway West obejmuje blisko połowę powierzchni całego hrabstwa i zamieszkuje go znacznie większa liczba wyborców. Jak zauważa politolog Theresa Reidy z University College Cork, rozległość terytorialna drastycznie podnosi koszty – od transportu, przez wynajem i oklejanie samochodów, aż po druk materiałów informacyjnych.
W strukturze wydatków niezmiennie królowały tradycyjne formy promocji, a plakaty wyborcze pochłonęły co najmniej połowę wszystkich budżetów. W Galway kluczowym elementem rywalizacji były również media tradycyjne. Podczas gdy w stolicy reklama prasowa i radiowa praktycznie nie istniała (nieco ponad 3 tysiące euro), w Galway partie wydały na ten cel blisko 21 tysięcy euro. Regionalne gazety i lokalne rozgłośnie wciąż cieszą się tam ogromnym zaufaniem, stanowiąc kluczowy kanał dotarcia do wyborcy.
W tym segmencie najwięcej wydało Fine Gael, lokując ponad 5 tysięcy euro w promocję senatora Seána Kyne’a, który jako jedyny potrafił przekuć finansową dominację (całkowity koszt jego kampanii to 41 672 euro) w wyborczy sukces. Na drugim miejscu uplasowała się Independent Ireland z kwotą prawie 4 tysięcy euro na reklamy radiowo-prasowe dla Noela Thomasa.
Tło tegorocznych wyborów uzupełniających stało się jednak przede wszystkim areną rewolucji medialnej, wymuszonej przez nowe rygorystyczne przepisy Unii Europejskiej, które weszły w życie jesienią ubiegłego roku. Wprowadzony zakaz stosowania płatnych reklam politycznych na platformach Meta (Facebook, Instagram) i Google, wsparty restrykcjami TikToka, odciął partie od precyzyjnego, płatnego profilowania wyborców w sieci. Sztaby zostały zmuszone do budowania wyłącznie zasięgów organicznych.
Ostateczne podsumowanie wydatków partyjnych, gdzie obok liderów finansowych znalazły się m.in. Sinn Féin z 34 tysiącami euro, Partia Pracy z 25,9 tysiąca euro, Zieloni z 23,3 tysiąca euro oraz plasujące się na dole stawki Aontú z symbolicznym budżetem 2896 euro, niesie jasną lekcję przed nadchodzącymi wyborami powszechnymi. W nowej rzeczywistości prawnej kampania jest zbyt krótka, by budować wizerunek kandydata od zera. Sukces odniosą ci, którzy spędzili miesiące i lata na realnej aktywności w sprawach lokalnych, traktując media cyfrowe jako przestrzeń dialogu, a nie tradycyjny komitet ogłoszeniowy.
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Ibrahim Boran on Unsplash

