Sektor budownictwa mieszkaniowego wchodzi w okres gwałtownych turbulencji. To, co jeszcze niedawno miało być odpowiedzią na kryzys dostępności mieszkań, czyli nowe inwestycje i zwiększona podaż, dziś zaczyna przypominać ekonomiczny paradoks. Mieszkania, które miały być tańsze, stają się coraz droższe i to jeszcze zanim powstaną.
Deweloperzy mówią wprost, że nadciąga „krwawa łaźnia” kosztów, a kluczowi dostawcy materiałów budowlanych, w tym producenci rur i instalacji, przygotowują się do natychmiastowych i znaczących podwyżek cen. To nie jest kosmetyczna korekta, bo raczej fala, która może przetoczyć się przez cały sektor i zmienić jego strukturę na lata. Źródło problemu leży daleko poza placami budowy. Rosnące ceny ropy naftowej, napędzane eskalacją konfliktu z Iranem, zaczynają bezpośrednio wpływać na koszty produkcji i transportu materiałów. Eksperci branżowi nie mają złudzeń: „Jeśli wojna będzie trwała, podwyżki również będą kontynuowane”. W bardziej dosadnych prognozach pojawia się nawet scenariusz czasowego wstrzymania części inwestycji, co nawiasem mówiąc, w Irlandii jest już wyraźnie sygnalizowane.
To z kolei uderza w fundamenty rynku, więc kulejące od lat na Zielonej Wyspie budownictwo mieszkaniowe, które i tak zmagało się z presją kosztową, natomiast teraz staje przed kolejną falą niepewności. Deweloperzy, operujący na napiętych marżach, nie mają dużego pola manewru, więc wzrost kosztów wybudowania domu lub mieszkania, niemal automatycznie przenoszony jest na nabywców.
W efekcie powstaje błędne koło, a rosnące ceny mieszkań ograniczają popyt, ale jednocześnie wysokie koszty uniemożliwiają znaczące obniżki. Nawet potencjalne interwencje rządowe, czy to w postaci ulg, czy zmian regulacyjnych, mogą okazać się niewystarczające. Problem ma bowiem charakter strukturalny i globalny, a nie wyłącznie lokalny.
Najbardziej ironiczne w tej sytuacji jest to, że wiele obecnie realizowanych inwestycji powstawało z myślą o poprawie dostępności i w celu zwiększenia przystępności cenowej. Projekty planowane w czasach względnej stabilności kosztów, czyli jeszcze kilka miesięcy temu, dziś trafiają na rynek w zupełnie innej rzeczywistości ekonomicznej. Zamiast być tańszą alternatywą, stają się kolejnym elementem spirali wzrostów cen.
Irlandzki rynek nieruchomości znalazł się więc w punkcie zwrotnym i jeśli obecne trendy utrzymają się przez kolejne miesiące, a nie można tego wykluczyć, przyszłość budownictwa może oznaczać mniej inwestycji, jeszcze wyższe ceny domów i jeszcze większe wykluczenie części społeczeństwa z możliwości zakupu własnego mieszkania.
Krótko mówiąc: tanie mieszkania miały nadejść, ale nie należy się ich spodziewać.
Bogdan Feręc
Źr. Sunday Independent
Photo by Sergei Nikulin on Unsplash

