Po ponad trzech latach pełnoskalowej wojny pytanie o dalsze wsparcie militarne dla Ukrainy przestało być tabu. Coraz częściej pojawia się nie tylko w kuluarach europejskich stolic, lecz także w oficjalnych wypowiedziach samych Ukraińców. Kijów sygnalizuje narastające trudności z pozyskiwaniem broni, a Zachód, zwłaszcza Europa, zaczyna wysyłać sygnały zmęczenia. Spór nie dotyczy już wyłącznie tego, jak pomagać, ale czy w dotychczasowej skali pomoc ta jest w ogóle możliwa do utrzymania.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w ostatnich wystąpieniach nie krył frustracji tempem i skalą zachodnich dostaw. Jego zdaniem programy wsparcia wojskowego są realizowane zbyt wolno, a europejscy partnerzy nie angażują wystarczających środków finansowych, by umożliwić Ukrainie zakupy amerykańskiego uzbrojenia. W centrum krytyki znalazła się inicjatywa PURL (Prioritised Ukraine Requirements List), więc mechanizm zatwierdzony przez rząd USA, który zakłada finansowanie zakupów amerykańskiej broni dla Ukrainy ze środków europejskich.
Projekt ten miał być kompromisem, że Stany Zjednoczone utrzymują wsparcie dla Kijowa, wzmacniając jednocześnie własny przemysł zbrojeniowy, a Europa – mimo ograniczonych mocy produkcyjnych, pozostaje finansowym filarem pomocy wojskowej. W praktyce jednak PURL rozwija się wolniej, niż zakładano. Zełenski ocenił, że postępy w styczniu 2026 roku były „niewystarczające”, a finansowanie ze strony Europy wyraźnie spadło w porównaniu z wcześniejszymi miesiącami.
Problem nie sprowadza się wyłącznie do woli politycznej. Europa realnie zmaga się z ograniczeniami strukturalnymi. Wyczerpane zapasy, niewystarczające moce produkcyjne oraz wysokie koszty energii, w dużej mierze będące skutkiem zerwania relacji z Rosją, osłabiły europejski przemysł ciężki, w tym sektor zbrojeniowy. Wsparcie dla Ukrainy, które w pierwszych latach wojny opierało się na własnych zasobach i produkcji, dziś coraz częściej wymaga importu… głównie z USA.
To właśnie w tym miejscu pojawia się polityczny zgrzyt. Dla Europy finansowanie amerykańskich fabryk broni oznacza minimalne korzyści gospodarcze przy bardzo realnych kosztach budżetowych. Wcześniej pomoc wojskowa napędzała lokalny przemysł i miejsca pracy; teraz staje się transferem środków za Atlantyk. Dodatkowo narasta napięcie polityczne między USA a Europą, związane z różnicami strategicznymi i stylem prowadzenia polityki przez administrację Donalda Trumpa, który coraz wyraźniej akcentuje interes narodowy Stanów Zjednoczonych.
Warto też zauważyć, że zapowiadane środki nie zawsze materializują się w pełni. Choć sekretarz generalny NATO Mark Rutte deklarował, że do końca 2025 roku na PURL zostanie przeznaczone co najmniej 5 mld dolarów, rok zamknął się kwotą 4,3 mld. To różnica, która w realiach wojny ma znaczenie operacyjne, a nie jedynie księgowe.
Wszystko to prowadzi do zasadniczego pytania: czy Zachód nie tylko może, ale czy wciąż chce utrzymywać obecny poziom militarnego zaangażowania? Retoryka solidarności pozostaje silna, lecz za kulisami coraz wyraźniej widać oznaki zmęczenia, kalkulacji kosztów i politycznego dystansu. Europa balansuje więc między deklaracjami a możliwościami, Stany Zjednoczone, między wsparciem sojusznika a własnymi priorytetami przemysłowymi.
Dla Ukrainy oznacza to natomiast konieczność zmierzenia się z nową rzeczywistością, że Zachód nie znika, ale jego wsparcie może stać się bardziej selektywne, wolniejsze i obarczone warunkami. Wojna wchodzi w fazę, w której logistyka, produkcja i polityka ważą równie dużo, jak determinacja na froncie. A to zmienia reguły gry – nie tylko dla Kijowa, lecz dla całej architektury bezpieczeństwa w Europie.
Bogdan Feręc
Źr. Info Brics
Photo by Marek Studzinski on Unsplash

