Sinn Féin zachwyciło się Belfastem, w którym przez tydzień samochody miały dla siebie mniej miejsca, a piesi więcej przestrzeni. Sukces Fleadh Cheoil na hÉireann stał się dla minister infrastruktury Irlandii Północnej Liz Kimmins argumentem za rozszerzeniem stref pieszych w centrum miasta. I właśnie tutaj zaczyna się problem, bo czym innym jest czasowe zamknięcie ulic na potrzeby wielkiego festiwalu, a czym innym traktowanie tego rozwiązania jako modelu dla codziennego funkcjonowania miasta.
Nie ma nic złego w tym, że Belfast chce być miastem przyjaznym pieszym. Nie ma również niczego kontrowersyjnego w organizowaniu wydarzeń, podczas których część ulic zostaje czasowo wyłączona z ruchu. Wręcz przeciwnie – przy imprezie takiej skali jak Fleadh Cheoil na hÉireann było to rozwiązanie logiczne i potrzebne. Problem zaczyna się natomiast wtedy, kiedy wyjątkowe wydarzenie staje się argumentem dla trwałej zmiany zasad funkcjonowania miasta.
A właśnie w tym kierunku zdaje się zmierzać Sinn Féin.
Festiwal się skończył, pomysł pozostał
Fleadh Cheoil na hÉireann okazało się ogromnym sukcesem. Od 2 do 9 sierpnia Belfast odwiedziło – według danych z miejskich kamer monitorujących ruch pieszy – 1 653 999 osób. W samą sobotę liczba odwiedzających wyniosła 289 560, co oznaczało najbardziej ruchliwy dzień w centrum miasta w całym dotychczasowym roku. To robi wrażenie. Trudno również podważać słowa dyrektora naczelnego Visit Belfast Gerry’ego Lennona, który określił wydarzenie jako „przełomowy moment” i wskazywał, że Belfast został dzięki niemu w spektakularny sposób pokazany światu.
jednak z tych danych można wyciągnąć dwa zupełnie różne wnioski. Pierwszy: czasowe zamknięcie części ulic sprawdziło się podczas wielkiego festiwalu. Drugi: skoro sprawdziło się podczas festiwalu, należy rozszerzyć strefę pieszą na stałe. Sinn Féin wyraźnie skłania się ku temu drugiemu rozwiązaniu.
Minister infrastruktury z Sinn Féin Liz Kimmins zapowiedziała konsultacje dotyczące propozycji rozszerzenia strefy dla pieszych w centrum Belfastu. Jak tłumaczy, jej celem jest stworzenie czystszych, bardziej zielonych centrów miast, w których „na pierwszym miejscu stawia się ludzi”, ogranicza zależność od samochodów i promuje bardziej zrównoważone formy transportu. Brzmi pięknie i właśnie dlatego warto przyjrzeć się temu bez zachwytu.
Samochód nie jest wrogiem miasta
Współczesna polityka transportowa ma pewną irytującą przypadłość: samochód coraz częściej przedstawiany jest nie jako środek transportu, ale jako problem, który należy rozwiązać poprzez ograniczanie jego obecności. To podejście jest zbyt proste, bo samochodem porusza się nie tylko człowiek, który chce zaparkować pod sklepem, ponieważ nie chce przejść kilkuset metrów. Samochodami jeżdżą osoby starsze. Rodzice z małymi dziećmi. Osoby z ograniczoną mobilnością. Pracownicy dojeżdżający do pracy. Handlowcy. Dostawcy. Rzemieślnicy. Przedsiębiorcy. Ludzie mieszkający poza centrum, gdzie transport publiczny nie zawsze jest wygodny, szybki czy dostępny.
Miasto powinno być więc projektowane dla ludzi, a ci mają różne potrzeby, czyli samochód dla części z nich jest zwyczajnie narzędziem codziennego życia. Dlatego poważna polityka transportowa nie może sprowadzać się do zasady: mniej samochodów = lepsze miasto. To zwyczajnie nie działa tak mechanicznie.
Fleadh nie jest zwykłym tygodniem
Jest jeszcze jedna rzecz, której nie należy pomijać. Fleadh Cheoil na hÉireann było wydarzeniem wyjątkowym. Do Belfastu przyjechały setki tysięcy osób. Centrum miasta zostało wypełnione turystami, muzykami, rodzinami i uczestnikami imprezy. W takich warunkach zamknięcie ulic dla ruchu samochodowego jest czymś zupełnie naturalnym. Miasto zostało potraktowane jak wielka przestrzeń wydarzenia, ale Belfast nie może przez cały rok funkcjonować jak festiwal, bo to zasadnicza różnica.
Jeżeli podczas wielkiej imprezy centrum miasta zostanie zamknięte dla samochodów, kierowcy mogą zaakceptować niedogodności. Wiedzą bowiem, dlaczego tak się dzieje. Wiedzą, że jest to sytuacja tymczasowa. Kiedy jednak podobne rozwiązanie zostaje wprowadzone na stałe, konsekwencje są zupełnie inne. Zmienia się sposób dostarczania towarów. Zmienia się dostępność sklepów. Zmienia się sposób dojazdu do miejsc pracy. Pojawiają się problemy z parkowaniem i koniecznością korzystania z transportu publicznego. Wzrasta wówczas znaczenie infrastruktury przesiadkowej, a przede wszystkim koszt ograniczeń przestaje być kosztem jednorazowego wydarzenia i staje się elementem codziennego życia mieszkańców.
Niebezpieczny precedens
Właśnie dlatego propozycje Sinn Féin wymagają szczególnej uwagi. Dziś mówimy o Belfaście i Irlandii Północnej. Jutro podobne rozwiązania mogą stać się elementem szerszej polityki ugrupowania również w Republice Irlandii. Nie twierdzę, że Sinn Féin już przygotowuje plan zamknięcia centrów Dublina, Cork, Galway czy Limerick dla samochodów. Nie ma podstaw, aby przypisywać partii taką konkretną intencję. Jednak istnieje coś, co w polityce jest znacznie ważniejsze od deklaracji na dziś – precedens.
Jeżeli rozwiązanie zostanie uznane za sukces w Belfaście, argument będzie gotowy. „Zadziałało w Belfaście”. „Mieszkańcy tego chcieli”. „Ludzie zobaczyli, jak może wyglądać miasto bez dominacji samochodów”. „Fleadh pokazało, że można”. A skoro można w Belfaście, dlaczego nie w Dublinie? Dlaczego nie w Cork? Dlaczego nie w Galway? I nagle rozwiązanie stworzone jako odpowiedź na wyjątkową sytuację zaczyna być przedstawiane jako nowy standard miejskiej polityki transportowej. Właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo precedensu.
„Miasto dla ludzi” – ale dla jakich ludzi?
Szczególnie mocno wybrzmiewają słowa Liz Kimmins, która mówi o konieczności tworzenia miejsc „atrakcyjnych, dostępnych i tętniących życiem”, przy jednoczesnym ograniczaniu uzależnienia od samochodu. Zgoda. Tylko że słowo „dostępne” powinno zostać potraktowane poważnie. Dostępne dla kogo? Dla młodego człowieka mieszkającego w centrum Belfastu, który może przejść pieszo kilka kilometrów? Dla turysty? Dla rodziny korzystającej z transportu publicznego? A co z osobą mieszkającą kilkanaście czy kilkadziesiąt kilometrów od miasta? Co z przedsiębiorcą, który musi przewieźć towar? Co z osobą, która nie może sprawnie korzystać z autobusów? Co z pracownikiem rozpoczynającym pracę wtedy, kiedy transport publiczny jeszcze nie funkcjonuje w odpowiednim zakresie?
Miasto dla ludzi musi oznaczać miasto dla wszystkich, a nie tylko dla tych, których sposób życia pasuje do przyjętej przez polityków wizji mobilności. To zasadnicza różnica.
Najpierw alternatywa, potem ograniczenia
Jeżeli Sinn Féin rzeczywiście chce ograniczać zależność mieszkańców Belfastu od samochodów, powinno zacząć od stworzenia realnej alternatywy. Najpierw szybki, punktualny i dostępny transport publiczny. Najpierw odpowiednia liczba autobusów. Najpierw sprawne połączenia kolejowe. Najpierw parkingi typu park and ride. Najpierw rozwiązania dla osób starszych i osób z niepełnosprawnościami. Najpierw sensowna organizacja dostaw do przedsiębiorstw. A dopiero później można poważnie rozmawiać o tym, jak ograniczać ruch samochodowy.
Inaczej powstaje polityka polegająca na zabieraniu jednej możliwości bez zapewnienia drugiej. Ergo, to nie jest nowoczesna polityka transportowa. To administracyjne przerzucanie problemu z jednych ludzi na innych.
Sinn Féin powinno uważać
Sinn Féin ma pełne prawo przedstawiać swoją wizję Belfastu. Ma również prawo przekonywać, że centra miast powinny być bardziej zielone, spokojniejsze i bardziej przyjazne pieszym. Ale mieszkańcy powinni bardzo dokładnie przyglądać się temu, gdzie kończy się poprawa jakości przestrzeni publicznej, a zaczyna ideologiczna walka z samochodem. Dlaczego? Bo granica pomiędzy tymi dwoma rzeczami może być bardzo cienka.
Fleadh pokazało, że Belfast potrafi stworzyć fantastyczną przestrzeń dla pieszych. Świetnie, ale Fleadh trwało tylko tydzień. Życie mieszkańców trwa natomiast cały rok. Właśnie dlatego nie można budować długoterminowej polityki transportowej wyłącznie na podstawie doświadczenia jednego festiwalu, nawet jeśli był on ogromnym sukcesem.
Najbardziej niepokojące nie jest więc samo pytanie o większą strefę pieszą w Belfaście. To pytanie jest całkowicie zasadne. Niepokojące jest to, że tymczasowe rozwiązanie zaczyna być traktowane jako dowód słuszności trwałej zmiany, zanim jeszcze przeprowadzono pełną analizę jej skutków dla mieszkańców, przedsiębiorców i transportu. A kiedy taki precedens zostanie ustanowiony, jego granice bardzo szybko mogą przestać być oczywiste.
Dzisiaj Belfast, jutro być może inne miasta Irlandii Północnej, a jeśli Sinn Féin kiedykolwiek przejmie władzę w Republice Irlandii, nikt rozsądny nie powinien zakładać, że podobne pomysły pozostaną wyłącznie po północnej stronie granicy.
Dlatego warto dyskutować o nich już teraz – zanim eksperyment stanie się normą, a norma politycznym obowiązkiem. Dobrze zaprojektowane miasto rzeczywiście powinno być dla ludzi. Tyle tylko, że ludzie nie są jednorodną masą, którą można przesiąść się z samochodów do autobusów za jednym pociągnięciem długopisu przez ministra.
Bogdan Feręc
Źr. Breaking News
Photo by Kaeli Hearn on Unsplash

