Bartosz Bukowski – Efekt, czyli rzecz o zderzeniu marzeń z tirem

Do naszego sennego wiejskiego baru wkroczyła Ona. I na moment cały bar zamilkł. Rozmowy przestały być ważne, zadający pytania przestali być zainteresowani odpowiedziami. Wszystko zamarło. Cały życie baru skupiło się w jednym punkcie. W miejscu, gdzie ze smug niebieskiego dymu wyłoniła się Ona. Co prawda w tym nieoczekiwanym cudzie była pewna wtórność, lecz ta niewysoka blondynka była tak pewna swej kobiecości, że jednym niby niewymuszonym wypięciem swoich wydatnych piersi strąciłaby z tej przerośniętej muszli tą gapowatą rudawą piękność wprost w niebyt lub jeszcze gorzej… w niezauważenie. To, że świat baru na moment stanął dla niej w miejscu, nie skrępowało jej. Nie. Wręcz przeciwnie. Ona zachłannie i żarłocznie karmiła się tą chwilą swego niezaprzeczalnego triumfu nad tym męskim światem. Doskonale świadoma tego, że mężczyźni tylko mają ciała a kobiety są ciałem, wypięła jeszcze bardziej swój wielki biust zbrojny w odbierający mowę dekolt jednocześnie tak od niechcenia niby niewinnym skromnym ruchem zaczęła obciągać swoją wściekle czerwoną spódniczkę mini która w sposób niemiłosierny dla męskich zmysłów opinała jej pupę, czym do reszty dopełniła zniszczenia.

Zapanowała całkowita, głucha cisza, taka jak na moment po wybuchu bomby. Uśmiechnęła się szeroko i w tej ciszy wybrzmiało jej tak bardzo jak to się tylko da amerykańskie przeciągłe i zadziorne. 

– Haajj !!! – po czym ku uldze zebranych dodała – Dżoana jestem i przyleciałam z ju-es-ej!!! 

Nagle cały bar, ten męski świat na powrót ożył!!! Zwariował. Zahuczało jak w ulu od naprędce na wyścigi pojawiających się najbardziej wyszukanych i pełnych galanterii powitań, padania do nóżek, całowania rączek itd. A ona rozpływała się w tej powodzi komplementów które zalały pod sam sufit bar. W ślad za powitaniami pojawiły się propozycje a czegóż się pani napije? Czym zechce się pani uraczyć? I nagle okazało się, że stałym bywalcom baru, którzy nigdy nawet nie zadali sobie tyle trudu, by choćby omieść wzrokiem najwyższą półkę, to ta stała się dziś dla nich za krótka. Spoglądali na mnie z wyrzutem, a przepraszająco i ze skruchą w kierunku swojej nowej władczyni. Na szczęście dla mnie nowo przybyła królowa zadowoliła się małym piwem z sokiem z obowiązkową słomką. Goście rozradowani tym pięknym wydekoltowanym aniołem, który przyleciał do nich z USA jęli prześcigać się w swoich rozmowach coraz to bardziej dziwnymi i przezabawnymi formami. Słowa gotowały im się w ustach, ale nikt nie zwracał na to uwagi, bo właśnie nieoczekiwanie dla wszystkich rozpoczął się gorący karnawał.

Prym wśród nie najmłodszych już tancerzy obskakujących przybyłą wiedzie Jasiu Krzemień. Wyszukuje dla niej najlepsze miejsce. Jest szarmancki, jak tylko on potrafi. Odstawia jej krzesło przeciera je swoim sławnym kraciastym kaszkietem. Mimo że już nie młody i pomarszczony, to piękny jest w tym swoim tańcu godowym. 

Podoba mi się ten odmieniony bar. Ci zazwyczaj leniwie rzucający karty na stół faceci z minami ludzi, którzy przeżyli już wszystko i na nic już nie czekają. Mężczyźni, których interesują już tylko te karciane damy i to najlepiej cztery w łapie. Porzucają swoją grę dla niej. Jej przybycie ożywiło głęboko skrytą w nich chęć przeżycia czegoś naprawdę Wielkiego. Niesamowitej przygody. Jest krzykiem, który budzi w starych mężczyznach coś, z czego nie do końca zdają sobie sprawę. Za tymi pożądliwymi spojrzeniami kryje się coś więcej. Przytępione codziennością (może całkiem udanego życia) marzenie o wielkiej szalonej miłości, o kimś, z kim można by obrócić się plecami do całego już zupełnie niepotrzebnego Świata i bez strachu i cienia żalu wlać w swoje przepalone gardło tą ostatnią truciznę. Niestety ten kolorowy rajski ptak, który przyleciał do nas aż z ameryki w końcu opuszcza bar. Dumna i szczęśliwa, pełna zadowolenia z wrażenia jakie wywarła w tym miejscu. Z tego, że była gwiazdą i wniosła trochę wielkiego świata w ten zapomniany prowincjonalny bar. 

Całej tej sytuacji lekko nieobecnym i nieco zamglonym wzrokiem przyglądał się jeden mocno już zmęczony trudami życia mimo młodego wieku chłopak. Alkohol ma tę moc, że z reguły bez reszty angażuje, zaprzęga w bezmyślny dziki pęd przeżywania, pcha do działania z pominięciem pracy mózgu refleksji mówiąc stanowcze – nie!!! Czasami jednak, gdy już na dłużej rozgości się w swoim gospodarzu, to w ramach zapłaty za gościnę potrafi obdarzyć go niesamowitym dystansem i spokojem. Pozwala widzieć rzeczy takimi, jakimi są w rzeczywistości, obdartymi z wszelkich oczekiwań, marzeń i podtekstów. Na takiego człeka nie zadziała żaden podprogowy przekaz. Teraz ten milczący, lekko nieobecny młodzian zaraz po jej wyjściu zapytał z niedowierzaniem kręcąc głową: 

– Co to kurwa było? Wylotówka na Kielce?

***

Ja, czyli Bartosz Bukowski.19 maj 1978 to mój początek. Dzieciństwo pięknie podzielone pomiędzy Kraków, a później Gierczyce. Tu i tam niekończąca się bajka pełna malin, spacerów na Wawel i dzikich podróży do Gęstych Cierni i ukrytych w nich niezapominajek. I tak samo pełne wypraw w przeszłość wraz z historiami opowiadanymi mi przez moją babcie i jej starszą siostrę – dla mnie po prostu ciocię Gienię. W roku 1983 przekraczam próg szkoły podstawowej im. Marii Curie Skłodowskiej w Łapczycy, a dokładniej jej fili w Gierczycach. O samej szkole podstawowej niewiele mogę powiedzieć z wyjątkiem tego, że do 3 klasy miałem pod górkę, a później PKS-em. W 1992 roku dostaje się do liceum im. Edwarda Dembowskiego i tu w jednej chwili rodzę się na nowo, gdy ktoś z tłumu na mój widok krzyczy – “te kur… popatrz jaki sprężyna idzie”. I tak zostałem Sprężyną, choć sam zmieniłem pisownie na Sprenrzyna, by podkreślić moją dysortografię i odróżnić od innych “pospolitych” sprężyn. W gdowskim liceum zacząłem przygodę z pisaniem publikując swoje teksty w legendarnym w pewnych kręgach “Kujonie Wieczornym wydanie poranne”. Po szkolę średniej wracam na cztery szalone lata do Krakowa i rozpoczynam dziką zabawę połączona z okazjonalnymi wizytami na uczelni, co zaowocowało trzykrotnym pobytem na drugim roku bibliotekoznawstwa UJ. Ten jakże wesoły etap mojego życia kończy się gwałtownym spotkaniem z pewną wierzbą, w wyniku którego pewna fiesta trafia na złom, a ja zaprzyjaźniam się na trzy lata z dwiema laskami (kulami). To nieudane hamownie przed drzewem dość mocno wyhamowało moje życie i na powrót zacząłem sobie zapisywać to i owo. Wreszcie miałem w nadmiarze tego, czego zazwyczaj wszystkim brakuje – czasu. W 2007, gdy w miarę pewnie staję na dwóch nogach, wsiadam w samolot i zaczynam swoją angielską przygodę, która trwa do dziś. Na początku był Queen, a potem długo, długo nic. Ich cała dwudziestoletnia dyskografia nauczyła mnie, że w rock and rollu nie mam miejsca na szufladki i że można zwiewnie flirtować z różnymi gatunkami. Dzięki Freddiemu i spółce mam niesamowicie otwartą głowę na Muzykę, choć jako upadły bibliotekarz powinienem lubić szufladki. Tak się jednak nie stało i w to mi graj!!! Bibliotekoznawstwo, więc mnóstwo książek za mną, ale od kilkunastu lat mam wrażenie, że najważniejszą już przeczytałem, a jest nią zbiór opowiadań Antoine de Saint-Exupery z najważniejszym dla mnie – Ziemia, planeta ludzi. Nic więcej nie dodam z wyjątkiem PRZECZYTAJCIE!!!

Posted by Sławek Orwat 

Znajdź nas:

Polacy na święta c
Długi marsz w kieru
Translate »
RSS
Facebook
Facebook
LinkedIn