Site icon "Polska-IE najbardziej politycznie-społeczno-gospodarczy portal informacyjny w Irlandii
Reklama
Reklama

Armia bez flagi. Dlaczego wizja jednej europejskiej armii oznacza koniec suwerenności państw narodowych

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

W debacie o przyszłości Unii Europejskiej pojawia się coraz częściej pomysł, który, zdaniem jego krytyków, przekracza kolejną granicę integracji i wchodzi w obszar bezpośredniego zagrożenia dla interesów narodowych. Chodzi o koncepcję stworzenia jednej, scentralizowanej europejskiej armii kosztem likwidacji wojsk narodowych. Posłanka Ewa Zajączkowska bije na alarm, wskazując, że byłby to krok nie tylko ryzykowny, lecz wręcz nieodwracalny w skutkach dla państw takich jak Polska.

Impuls do tej dyskusji dały wypowiedzi unijnego komisarza ds. obrony Andriusa Kubiliusa, a nominowanego przez przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen. Kubilius otwarcie postuluje odejście od 27 odrębnych polityk i budżetów obronnych na rzecz jednej, federalnej struktury, zarządzanej przez specjalnie powołaną radę. W jego wizji Europa powinna „walczyć jako Europa”, a nie, jak to określił, jako zbiór „27 narodowych armii bonsai”. Zamiast tego miałyby powstać „potężne, stałe europejskie siły zbrojne”.

Dla Ewy Zajączkowskiej to nie jest ani reforma techniczna, ani niewinna propozycja zwiększenia efektywności. To projekt polityczny o daleko idących konsekwencjach ustrojowych. Wojsko narodowe, jak podkreśla posłanka do Parlamentu Europejskiego, nie jest jedynie formacją militarną. Jest jednym z filarów państwowości, ostatnią instancją chroniącą obywateli przed siłowym narzucaniem woli z zewnątrz. Oddanie kontroli nad nim oznaczałoby de facto uznanie zwierzchnictwa obcych ośrodków decyzyjnych nad państwem.

Kluczowym zagrożeniem, na które zwraca uwagę Zajączkowska, jest utrata realnej kontroli nad użyciem własnego potencjału militarnego. W modelu jednej armii europejskiej decyzje o zaangażowaniu sił zbrojnych zapadałyby na poziomie unijnym, a nie narodowym. To oznacza, że polscy żołnierze, sprzęt i środki finansowe mogłyby zostać użyte w operacjach sprzecznych z polską racją stanu, interesem bezpieczeństwa czy wolą społeczeństwa. Państwo, które nie decyduje o własnej obronie, przestaje być w pełni suwerenne, ponieważ staje się wykonawcą cudzych decyzji.

Posłanka widzi w tej propozycji kolejny etap budowy unijnego superpaństwa. Jej zdaniem eurokratom nie wystarczyła wspólna waluta, wspólne zadłużanie ani coraz śmielsze ingerowanie w wewnętrzne sprawy państw członkowskich. Teraz celem ma być przejęcie kontroli nad polityką obronną, czyli ostatnim obszarem, w którym państwa narodowe zachowały realną niezależność. W tym kontekście pomysł wspólnej armii nie jawi się jako odpowiedź na zagrożenia zewnętrzne, ale jako narzędzie centralizacji władzy.

Szczególnie krytycznie oceniana jest rola największych państw Unii, zwłaszcza Niemiec i zdaniem Zajączkowskiej dla Berlina stworzenie jednej europejskiej armii byłoby krokiem milowym w stronę zdominowania struktur unijnych i podporządkowania sobie słabszych państw. Historia Europy przypomina, że asymetria siły, także tej militarnej, rzadko kończą się partnerską współpracą. W scentralizowanym systemie decyzyjnym interesy peryferii łatwo mogą zostać poświęcone na rzecz interesów centrum. Nie bez znaczenia jest także fakt, że podobne koncepcje pojawiały się już wcześniej, m.in. w czasie, gdy silny głos w tej sprawie zabierała Angela Merkel. Dla krytyków nie jest to więc nowa idea, lecz konsekwentnie realizowana wizja federalizacji Unii, realizowana małymi krokami, często poza realną kontrolą społeczeństw.

W alarmistycznym tonie Zajączkowska mówi wprost, iż oddanie władzy nad Wojskiem Polskim unijnym „pseudoelitom” byłoby zdradą polskich interesów. Jej stanowisko jest jednoznaczne i zamiast rozmywać odpowiedzialność w strukturach ponadnarodowych, Polska powinna inwestować w rozwój własnych sił zbrojnych, wzmacniać zdolności obronne oraz opierać bezpieczeństwo na współpracy w ramach NATO, gdzie zachowana jest zasada suwerenności państw członkowskich.

Debata o europejskiej armii nie jest więc jedynie sporem o model organizacyjny. To spór o to, kto ma prawo decydować o życiu i bezpieczeństwie obywateli, o kierunku polityki obronnej oraz o granicach integracji. W wizji przedstawianej przez Ewę Zajączkowską jedna armia bez narodowych flag oznaczałaby nie solidarność, lecz utratę podmiotowości. Natomiast na takie ryzyko, jak podkreśla europarlamentarzystka, Polska nie powinna się nigdy zgodzić.

Bogdan Feręc

Źr. MEP Ewa Zajączkowska

Photo by Maximalfocus on Unsplash

© WSZYSTKIE MATERIAŁY NA STRONIE WYDAWCY „POLSKA-IE” CHRONIONE SĄ PRAWEM AUTORSKIM.
Reklama
Reklama
Reklama
Exit mobile version