Irlandzki rząd od lat buduje swoją narrację wokół ambitnych planów mieszkaniowych. Jednak dostępne dane pokazują coraz wyraźniej, że polityczne deklaracje rozmijają się z możliwościami sektora budowlanego, a w przypadku obietnicy około 40 000 nowych mieszkań rocznie, rozjazd może być bolesny zarówno dla wyborców koalicji rządzącej, jak i dla całej gospodarki.
Najświeższe twarde dane pokazują, że Irlandia wciąż produkuje mniej mieszkań, niż wynikałoby z politycznych zapowiedzi. W 2025 roku ukończono 36 284 nowe lokale, najwięcej od początku prowadzenia statystyk, ale nadal poniżej rządowych celów. Prognozy na kolejne lata nie są jednoznacznie optymistyczne. Bank Centralny Irlandii zakłada, że liczba ukończonych mieszkań może wynosić w najbliższym czasie około 37 000 rocznie, a rosnąc dopiero i to stopniowo w latach kolejnych. Z kolei inne prognozy rynkowe zakładają, że osiągnięcie poziomu około 40 000 mieszkań rocznie jest możliwe dopiero w sprzyjających warunkach makroekonomicznych i infrastrukturalnych – i to raczej jako górna granica scenariusza, a nie gwarantowany wynik.
Co jeszcze ciekawsze, producenci materiałów planują w tym roku dostawy jedynie na poziomie pokrywającym realizację około 35 000 domów, więc wpisują się w ogólny obraz rynku, który pozostaje w zapaści mieszkaniowej od lat. Problemem pozostają m.in. infrastruktura wodna i energetyczna, finansowanie inwestycji, dostępność gruntów i wydajność budownictwa, które według analiz Banku Centralnego hamują wzrost podaży mieszkań.
W praktyce oznacza to jedno, że nawet przy rekordowych wynikach produkcja mieszkań wciąż nie dogania potrzeb demograficznych i migracyjnych kraju, więc od 50 do 60 tysięcy izb mieszkalnych rocznie. Rząd równocześnie podtrzymuje twierdzenia o ogromnych planach i nawet 300 000 mieszkań do końca dekady, ale realizacja takich założeń wymagałaby gigantycznych inwestycji i radykalnego zwiększenia tempa budowy. W tym kontekście zarzut, że politycy obiecywali więcej, niż rynek był w stanie dostarczyć, przestaje być wyłącznie polityczną publicystyką, a staje się hipotezą opartą na liczbach.
Jeśli faktycznie w tym roku nie powstanie około 40 000 mieszkań i domów, konsekwencje dla rynku będą brutalnie proste. Ograniczona podaż nowych lokali oznacza dalszą presję cenową zarówno w segmencie sprzedaży, jak i najmu. W sytuacji chronicznego niedoboru mieszkań scenariusz dalszego wzrostu czynszów pozostaje realny, szczególnie w centralnych lokalizacjach, gdzie presja popytowa jest największa. Z lat wcześniejszych wiadomo, że nawet znaczący wzrost liczby nowych inwestycji nie wystarczał, by zatrzymać spiralę cenową, a przy zbyt niskiej podaży rynek reaguje praktycznie zawsze w ten sam sposób, czyli jest drożej dla najemców i kupujących.
*
Jak powiedziałem w audycji Studio Dublin Radia Wnet, nie można się spodziewać, że sytuacja mieszkaniowa zmieni się w Irlandii w najbliższych 10 latach. Jestem też zdania, że gabinet wprowadził w błąd wyborców, obiecując realizację ogromnych projektów mieszkaniowych, których skala od początku była wątpliwa. Jeżeli faktycznie w tym roku nie powstanie 40 000 mieszkań i domów, można się spodziewać, że sytuacja na rynku kupna nowych domów pozostanie tragiczna. W przypadku najmów czynsze będą rosnąć nieubłaganie – i nie można wykluczyć scenariusza, w którym pod koniec roku za pokój w apartamencie w centrum Dublina trzeba będzie płacić około 2000 euro miesięcznie.
Cóż, rynek mieszkaniowy jest jak fizyka, choć można obiecać wszystko, ale grawitacja liczb i tak wygra. W Irlandii ta grawitacja to demografia, migracja, koszty budowy i ograniczenia infrastruktury – cztery siły, które nie słuchają konferencji prasowych. Tak na marginesie, rząd Micheála Martina słyszał chyba wypowiedź posła Przemysława Witka, który był łaskaw użyć stwierdzenia: „cóż szkodzi obiecać”…
Bogdan Feręc
Źr. Independent
Photo by Sandhya Ratnam on Unsplash

