Relacja człowieka i maszyn jest coraz bardziej zaburzona

Człowiek ma się urodzić, zrobić coś dobrego, umrzeć, zostawić po sobie jakiś pomnik, który ktoś będzie pamiętał, mały czy duży, i tyle. I po co sobie wszczepiać chipy? To jest bez sensu.

 

Krzysztof Skowroński
Paweł Pisarczyk

Na końcu będzie zbawienie

Rozmowa Krzysztofa Skowrońskiego z Pawłem Pisarczykiem, wizjonerem w dziedzinie nowoczesnych technologii, prezesem zarządu Atende Software, spółki z Grupy Kapitałowej Atende. Po uzyskaniu koncesji przez Radio WNET w niedziele o godz. 12.00 Paweł Pisarczyk będzie prowadził audycje na temat nowoczesnych technologii.

Kiedy byłeś w Krzemowej Dolinie?

Ostatnio w końcu marca. Na Stanford University był dzień promocji polskich przedsiębiorców, taki Polish Day. Mówiliśmy o tym, co robimy, jak możemy być innowacyjni, spotkaliśmy się z bardzo znanymi przedsiębiorcami.

Po tamtej stronie był na przykład Janusz Bryzek, który wymyślił czujniki stosowane dzisiaj w większości telefonów komórkowych. To jest Polak, który wyjechał w latach 80., stworzył tam firmę, która robiła sensory, i te jego sensory są teraz stosowane chociażby w każdym iPhonie, jego żyroskop.

Kto Cię słuchał?

Słuchali mnie przedsiębiorcy amerykańscy, np. Tad Taube, który zbudował Stanford, przedstawiciele dużych venture capital, byli przedstawiciele władz San Francisco, chyba wiceburmistrz. Rozmawialiśmy o tym, co my jako kraj możemy znaczyć w przyszłości w technologii.

Co możemy znaczyć?

Ja powiedziałem, że możemy dużo, bo potrafimy robić wszystko. Potrafimy robić procesory, systemy operacyjne, technologie, programowanie… Tylko nasz największy problem jest taki, że nie potrafimy tego komercjalizować. Jesteśmy świetnymi wynalazcami, natomiast nie jesteśmy innowatorami. My nie wiemy, jak stawać się globalnymi. Mamy za mało kapitału i niestety nie potrafimy ze sobą jako Polacy współpracować, bo my sobie często nie pomagamy.

O tym, że chcemy mieć globalne firmy, dużo mówi premier Morawiecki. Czy to się jakoś przekłada na te polskie pomysły?

Teraz dużo się mówi i to dobrze, ale na razie się to jeszcze nijak nie przekłada na fakty. Bo jak się w Stanach robi innowacje globalne, mogę opowiedzieć na przykład na podstawie procesora, który ostatnio powstał. Wiemy, że tam komputery powstały w Krzemowej Dolinie, że uniwersytetem, który wymyślał rzeczy związane z informatyką, był Uniwersytet Kalifornijski w Berkeley, notabene chyba stanowy, a teraz Krzemowa Dolina wróciła do takiego wymyślania jak dawniej. Świat jest zdominowany przez urządzenia mobilne. Każdy używa telefonów komórkowych, tabletów, urządzeń przenośnych i właściwie wszystkie te urządzenia bazują na jednym procesorze, który wymyślili Brytyjczycy; nazywa się ARM. Ten procesor ma swoje ograniczenia, bo przede wszystkim płaci się za niego licencję, a drugie – że zaczął się przesadnie komplikować. Więc w Berkeley ogłoszono, że przez trzy miesiące muszą wymyślić nowy procesor, który będzie łączył wszystko, co dotąd zostało wymyślone w procesorach. I paru gości do tego siadło i zrobiło to.

Potem pojeździli po Krzemowej Dolinie i wszystkie największe firmy powiedziały: to jest dobry pomysł, będziemy was wspierali. Ten procesor, który jest całkowicie nowy i jakby za darmo, my chcemy wspierać. Po czym firma, która produkuje dyski Western Digital oświadczyła: jak zrobicie ten procesor już w krzemie, my będziemy go kupowali.

I na tym polega robienie innowacji: firmy o globalnym zasięgu wprowadzają innowacje z uczelni, nie traktując ich jako szalonych wynalazców. U nas, jak ja zrobiłem system operacyjny, najpierw musiałem przekonywać wszystkich, że nie jestem wariatem, że nie mierzę się z niemożliwym, a potem musiałem przekonywać wszystkich polskich przedsiębiorców, że może być lepszy od tego, co oni sobie kupią na Zachodzie. Bo my mamy takie polskie podejście, że to, co jest z zewnątrz, jest lepsze niż to, co jest wewnątrz i boimy się w ogóle podejmować ryzyko jako Polacy.

Ale historia Twojego wynalazku ma happy end…

Z polskich firm mój system zamówił Apator Metrix, który robi gazomierze, bo ma niezwykle odważnego i fantastycznego prezesa. Zamówili Rosjanie, Kazachowie, Włosi. Teraz rozmawiamy poważnie na Zachodzie, więc historia zaczyna mieć happy end.

Ale w Polsce wciąż jesteśmy względem siebie podejrzliwi i wszystko się odkłada na święty nigdy. Pomogła nam Energa Operator, która powiedziała, że jako przedsiębiorstwo publiczne będzie zamawiała urządzenia z tym systemem operacyjnym i sama je sobie wyprodukuje, skoro producenci nie chcą.

Coś zadziałało, tylko nie ten mechanizm, jaki powinien.

Podstawowy. Zadziałał mechanizm taki, że Energa, wielka spółka państwowa stała się stymulatorem innowacji jeszcze parę lat temu. I jeżeli premier Morawiecki miałby ośmielać spółki Skarbu Państwa do takiego działania, to ja podpisuję się pod tym całym sobą. Zawsze starałem się mówić to premierowi podczas pracy w Zespole Transformacji Przemysłowej. Wielkie spółki powinny być stymulatorem innowacji w Polsce, bo nie mamy wielkich korporacji globalnych. I Energa rzeczywiście jest przykładem spółki, dzięki której, jeżeli Phoenix osiągnie sukces, to ja zawsze powiem, że jest matką chrzestną tego sukcesu.

Ale czy my mamy szanse na globalną firmę? Jakie warunki powinna spełniać taka firma?

Mamy, mamy. A potrzebny jest przede wszystkim kapitał. Powinni go zapewnić przedsiębiorcy, którzy już wcześniej osiągnęli sukces. Może fundusze państwowe, które do tego są? W każdym razie sukces powinien budować sukces. I to jest chyba recepta na przedsiębiorczość.

Ale największy problem mam z tym, że jeżeli komuś tłumaczę, że to, co zrobiłem, to jest innowacja z Polski, on mi nie wierzy. Musimy zmienić postrzeganie nas jako kraju wyłącznie rolniczego.

Czy nie tak postrzegają nas w Krzemowej Dolinie, gdzie innowacyjni Polacy przyjechali, żeby spotkać się z największymi?

W Krzemowej Dolinie wiedzą, że Polacy są świetnymi inżynierami, ale wiedzą też, że polskie firmy nie mają umiejętności wychodzenia na rynek globalny, przez co otacza nas pewne odium. Ja próbuję je zdjąć. Na przykład jest szansa, że informacja o Phoenixie zostanie opublikowana w największym czasopiśmie światowym, może coś się zacznie dziać, ale problem pozostaje.

Jeden problem, że my ze sobą nie potrafimy współpracować, żeby uwiarygodnić innowacje, a dwa – dlaczego tym Phoenixem jako systemem operacyjnym w ogóle zaczęto się zajmować? Dlatego, że powiedziałem: jest wdrożony w Enerdze, proszę bardzo: działa. Działa lepiej od tych systemów, które były wdrożone wcześniej.

Inna rzecz, że globalni gracze nie chcą wpuszczać nowych podmiotów na rynek.

Tak, nikt nam nic nie da za darmo. Trzeba sobie pozycję wypracować i wyszarpać. W Ameryce jak chcesz, żeby cię szanowano, to musisz sobie pozycję wywalczyć. I my musimy walczyć o swoją pozycję na świecie, pokazywać, że robimy dobre rzeczy, że te rzeczy u nas działają, że rozwijają nam gospodarkę. Tego bym chciał. Bo jeżeliby Energa nie powiedziała: biorę, robię czterdzieści tysięcy liczników na tym systemie – to ja bym został fantastą z Polski, któremu nie udałoby się nikogo przekonać.

Tyle mówi się o korzyściach płynących z Internetu, że nam ułatwia życie, że lodówka komunikuje się z kuchenką, a kuchenka z zakładem energetycznym itd. To wszystko pięknie działa, ale może nam zabrać wolność.

Może nam zabrać wolność, co więcej, może być momentami niebezpieczne. Te urządzenia są sterowane czymś, co jest w chmurze i co nazywa się teraz sztuczną inteligencją. Czyli program komputerowy, o którym właściwie nie wiemy, jak działa, jak się zachowuje i dlaczego generuje takie wyniki…

Czyli są tajemnicą nawet dla informatyków.

Tak, bo to jest nieliniowy układ statystyczny: pokazujemy mu jakieś obrazy i dane, a potem on sam sobie wszystko ustawia i zapamiętuje; jakby sam się programuje, a my tylko definiujemy sieć powiązań między neuronami. Natomiast dlaczego to daje takie wyniki, a nie inne, mało kto wie.

Czy ta chmura samodzielnie myśli, choć nie ma samoświadomości? I może wydobyć z siebie coś, co dla nikogo nie jest przewidywalne?

Tak, może tak zrobić. Przykładowo rozpoznawanie obrazu polega na tym, że się pokazuje temu programowi, tej sieci neuronowej, wzorce; dajmy na to – obraz białego czy czarnego mężczyzny i mówi się: to jest biały mężczyzna, to jest czarny mężczyzna. Pokazuje się tej chmurze tych obrazów kilkaset tysięcy i potem ona dzięki temu z pewnym prawdopodobieństwem mówi na końcu: to jest to, a to jest to. I to jest jakby taka najbardziej bazowa sieć neuronowa. Natomiast ostatnio poprzez takie mechanizmy uczące firma Bitmind stworzyła algorytm czy system do gry w go. Gra w go jest niesłychanie skomplikowana. I nagle ta sieć, która nie wiadomo jak i dlaczego zaczęła się programować i ustawiać, wygrała w go z arcymistrzem tej gry. I to już zaczęło budzić przerażenie.

Dalej: teraz konstruuje się takie sieci neuronowe, które grają w gry tak, jak i my graliśmy parę lat temu, uczą się tych światów i osiągają mistrzostwo. Dochodzimy do takiego momentu, kiedy te programy – trudno powiedzieć, czy one zyskują samoświadomość, ale coś zyskują – stają się w jakimś stopniu niebezpieczne. Bo przecież to jest trochę przerażające, prawda? Że program zaczyna grać w grę i kombinować w tym świecie, uczyć się go, a więc zaczyna się zachowywać trochę jak człowiek.

Człowiek zaczyna mniej więcej tak samo: rodzi się, uczy się świata, przewraca się, kaleczy, potem spotyka się z innymi ludźmi, wymienia informacje i zaczyna być samoświadomy, autonomiczny. A teraz tak samo zachowują się te programy do gier –bo od nich zaczęto. I kiedy one już w grach zyskują mistrzostwo, a my wypuścimy je w taką grę, jaką jest rzeczywisty świat, która ma tylko więcej elementów, nagle się okaże, że one zaczną tutaj się poruszać w sposób lepszy od nas. A jeżeli będą jeszcze miały swoje sensory i swoich agentów w naszym życiu…

Czym są te sensory i agenci?

Chociażby te lodówki, zegarki…

I ta chmura nagle stwierdzi, że najbardziej nieoszczędny w tym systemie jest człowiek, w związku z czym trzeba go wyeliminować.

To są takie prognozy Matrixa, ale może tak być. Moim zdaniem one są całkiem prawdopodobne, że możemy być hodowani przez maszyny.

Relacja między człowiekiem a maszyną jest coraz bardziej zaburzona.

Dwa dni temu czytałem, że w Szanghaju powstał bank, w którym nie pracują ludzie, tylko roboty i obsługują człowieka roboty, chodząc z nim, mówiąc, co ma zrobić, pokazując mu jakieś tam formularze. To już jest trochę przerażające. Dla mnie to już jest rzeczywiście science fiction.

Dochodzimy do takiej granicy, że następuje interakcja z robotem humanoidalnym, to już się dzieje…

A Ty w tym uczestniczysz i to Cię pewnie ekscytuje.

Tak, ekscytuje. Chciałbym mieć własnego robota, ileś robotów, które pozwolą, że ja będę tylko myślał i tylko czytał książki… Jest to ciekawa perspektywa, ale może się okazać, że te roboty powiedzą: dobra, stary, my już ciebie mamy dość.

Jest jeszcze aspekt kontroli człowieka przez maszynę…

Przecież teraz wielu ludzi nie potrafi jeździć samochodem bez ABS-u czy bez automatycznej skrzyni biegów. Za chwilę ludzie w ogóle nie będą potrafili jeździć samochodami. Każdemu z nas się wydaje, że jest wyjątkowy, bo potrafi jeździć samochodem, jeździć na nartach, programować, używać komputera itd., ale szczerze mówiąc, to on tego nie potrafi, bo wszystko za niego robią maszyny. To jest tylko złudzenie wyjątkowości…

Myślę też o takiej zwykłej kontroli tego, co się mówi, co się myśli… Dokąd się chodzi i co człowiek robi z czasem wolnym. To już jest technologicznie możliwe? Jeszcze możemy się łudzić, że żyjemy w świecie demokratycznym, ale jak ktoś zechce, może ten świat zmienić. Czy już jest możliwe stworzenie systemu idealnej kontroli nad człowiekiem?

Szczerze mówiąc, jestem przerażony Facebookiem. Bo Facebook polega na tym, że ludzie dobrowolnie oddają informacje o sobie. Te informacje są wykorzystywane do tego, żeby zrozumieć, jak nimi manipulować w taki sposób, żeby im się wydawało, że nie są manipulowani. Ja jestem zwolennikiem historiozofii i teorii, że kiedyś była arystokracja, która była wyjątkowa, a potem masom się zaczęło wydawać, że są arystokracją. Teraz to złudzenie mas jest spotęgowane przez to, że mają do dyspozycji różne rozwiązania technologiczne.

W dzisiejszym świecie wszystko się dzieje bez wysiłku, ale coś jest za coś. Bo to, że taki Facebook czy cokolwiek jest za darmo, jest nieprawdą. To oznacza, że dajemy informacje o sobie, które pozwalają komuś czerpać z tego profity i sprawować kontrolę. Dawniej król kontrolował ludzi przez wojsko, teraz najsilniejszy jest ten, kto ma największą społeczność wokół siebie. A technologia będzie jeszcze lepiej pozwalała hodować te społeczności.

Co było w komunizmie straszne? Że wszyscy mieli być tacy sami. Była policja, urawniłowka. Na Facebooku każdy jest niby inny, niby się pielęgnuje jego indywidualność, ale de facto wszyscy są zrównani, tylko mamy komputery, które pozwalają kontrolować nasz stopień indywidualizacji.

Pytanie, czy oddajemy kontrolę komuś, czy czemuś?

Na razie oddajemy komuś, ale potem oddamy czemuś. Na razie ludzie hodują ludzi w tych wszystkich społecznościach, natomiast jak ci ludzie będą używali maszyn, to może się okazać, że się oddamy w ręce maszyn i potem już ten Facebook przejmie kontrolę nad swoim twórcą. I mamy Skynet.

Są jeszcze rozmaite chipy wszczepione w człowieka, w których mamy nie tylko podstawowe informacje o nas, ale też konto bankowe, telefon – wszystko.

I tu dochodzimy do wolności wyboru. To, co jest najpiękniejsze w człowieku – teraz pojadę ewangelią – to jest wolny wybór: człowiek może wybierać swoją drogę. Może też wybierać technologię, której używa, a której nie, decydować, jaki stopień swojej prywatności oddaje. Ale żeby wolna wola dobrze działała, musi być świadomość, wiedza, wysiłek. Jeżeli nie ma wysiłku ze strony człowieka, wolna wola się kończy. Problem polega na tym, że ludzie w imię niewysilania się będą coraz bardziej pozwalali się kontrolować i nie będą w stanie rozróżniać już, co jest właściwie, a co jest nie.

To jest problem także natury etycznej – na przykład wstrzykiwanie implantów. Z jednej strony jeśli się wie, jakiego wysiłku wymaga kontrolowanie przy silnej cukrzycy poziomu glukozy we krwi i wstrzykiwanie insuliny, że można zasnąć i się nie obudzić, to jeśli wyręcza go urządzenie, wydaje się to fantastyczne. Ale jeżeli te urządzenia będą podłączone do Internetu i maszyny się zbuntują… Poza tym w tych urządzeniach, które są już konstruowane, bardzo prawdopodobne są błędy, bo na przykład oprogramowanie zwariuje.

O tym trzeba głośno mówić. Raz – jest ryzyko, że maszyny będą nas kontrolowały; dwa: że wejdzie haker, który, każdemu cukrzykowi da na przykład dawkę insuliny taką, że zaśnie; a trzy, że po prostu będą błędy, które na skutek, nie wiem, promieniowania elektromagnetycznego się aktywują i po prostu podłączona do człowieka maszyna zwariuje. I oczywiście z jednej strony postęp jest fascynujący, ale z drugiej strony nie można go traktować bezkrytycznie. I to jest główny problem dzisiejszego świata, że wszyscy wszystko biorą bezkrytycznie.

To jest kuszenie łatwością życia. Wejdź w Internet., a będziesz miał łatwe życie.

I będziesz wyjątkowy! To jest niesamowite. Przecież Facebook polega na tym, że każdy chce zrobić wrażenie. Facebook jest sposobem pokazywania siebie, zaspokajania pychy.

Próżność, pycha, wyjątkowość i łatwość życia. No dobrze, ale to Ty wymyślasz te ułatwiacze życia. To może wymyślisz lekarstwo na te ułatwiacze?

Lekarstwo na to jest bardzo proste, ale bardzo trudne: edukacja. Trzeba po prostu mówić o zagrożeniach. Tłumaczyć, pokazywać, że technologia jest piękna, ale nie dawać prostych rozwiązań. To jest najtrudniejsze. Czasami wykładam dla studentów. Teraz student wszystko bierze, chłonie; dla niego nie jest już dostępna rozkosz dziwienia się. I tylko żąda, żąda.

Podobno mamy fantastycznych informatyków. Wygrywamy konkursy. Czy polska szkoła informatyczna, która powstała na początku lat 90., gaśnie, czy jest w rozkwicie? Czy rośnie następne pokolenie?

Wśród wielkiej populacji ludzi, którzy teraz próbują się zajmować informatyką, jest możliwe znalezienie paru niezwykle uzdolnionych. Ale wydaje mi się, że coraz mniej informatyków w tych nowych pokoleniach jest wyjątkowych. Patrzę po swoich pracownikach. Ci, którzy są w stanie coś wykreować, pasjonowali się informatyką w latach osiemdziesiątych.

Młode pokolenie ma problem w ogóle ze skupieniem uwagi. Jest tak rozproszone… i jeszcze im się opowiada bzdury o tzw. work-life balansie: ty się nie powinieneś za bardzo skupiać na czymkolwiek, bo zaburzysz swój work-life balance. Ja tego po prostu nienawidzę. Poeta pisze, kiedy ma natchnienie; inżynier tworzy, kiedy czuje potrzebę. Jaki work-life balance? Przestać myśleć? To jest bardzo prosty przekaz: nie angażuj się, nie skupiaj się, nie wnikaj, tylko chłoń. Świat hoduje idealnych konsumentów. Niszczy to, co było najważniejsze, czyli indywidualizm. Próbujemy wszystko zrównać. A wygrywaliśmy tym, że właśnie byli ludzie zbuntowani: Kolumb, który chciał odkryć Amerykę, że była Maria Skłodowska-Curie, która z narażeniem życia coś badała, a teraz się mówi: nie, po co, to nie ma sensu. Work-life balance: musicie biegać, musicie chodzić…

Ale to nigdy nie dotyczy wszystkich. Tak myślę o wojnie między Facebookiem a światem demokracji i polityką, czyli między nowoczesną technologią a demokracją. Czy coś zostało zaburzone w relacji demokratycznej przez nowoczesne technologie?

Tak, mam na myśli socjotechniki dopracowane do perfekcji i stosowane w ten sposób, że się wydaje, jakby ich nie było. Dawniej propaganda grzmiała w sposób łatwy do rozpoznania, a teraz mamy subtelną manipulację. Rozpracowuje się człowieka, jego upodobania, słabości. Robią to komputery, bo żaden człowiek by nie potrafił nawiązać interakcji równocześnie z milionem ludzi. A taki Facebook pozwala nam rozmawiać równocześnie z milionem.

Wróćmy na chwilę do tego kuszenia. Człowiek jest kuszony łatwością, wchodzi w świat Internetu, oddaje swoje bezpieczeństwo kolejnym komputerowym aplikacjom. Czy w którymś momencie ktoś – taki faraon – nie powie nagle: przepraszam, ale ja tu rządzę?

Cała sztuka tych wszystkich społeczności polega na tym, że ten faraon jest ukryty. On zawsze działa z tylnego siedzenia. Ale jeżeli sobie wstrzelimy chipy na własne życzenie…

I dopiero chipy są do tego potrzebne?

Coś, co będzie mogło wywierać bezpośredni przymus.

Że jak będę szedł Jerozolimskimi, a nie Marszałkowską, to mnie zaboli.

Zaboli albo ktoś, kto będzie miał np. podłączony automat dozujący insulinę, nie dostanie dawki. Mogą być takie scenariusze, ale chyba wcześniej maszyny jednak tego faraona załatwią.

I to jest jakby z jednej strony coś fajnego, że ta maszyna nie pozwoli takiemu faraonowi być faraonem w starym stylu…

I tu dochodzimy do esencji, do grzechu pierworodnego. Człowiek zawsze chce być jak Bóg. Na tym polega jego grzech pierworodny, że chce rządzić, chce mieć, być władcą świata. To jest chyba ten właśnie grzech ludzkości, że jest chora na władzę. Każdy z nas chce być wyjątkowy. To jest pycha. A maszyna ma to samo. Też będzie chciała rządzić i człowiek jej nie będzie potrzebny.

A jak, Twoim zdaniem, ten świat będzie wyglądał – już nie mówię za pięćset, tylko za dziesięć lat?

Samochody autonomiczne, roboty w garażach, jeszcze większa konsumpcja.

A gdybyś miał okazję wygłosić apel do premiera Morawieckiego?

Powiedziałbym, że powinniśmy więcej działać, jeżeli chodzi o rozwój technologii w Polsce, że potrzebne jest działanie. I druga sprawa, chyba ważniejsza: potrzebna jest edukacja. Dążmy do tego, żebyśmy my jako Polska mieli mądrych ludzi i mądre nowe pokolenia, bo chyba tylko to nam pomoże. Czyli musimy dobrze edukować, dobrze pracować u podstaw, a wtedy nasz kraj będzie się rzeczywiście rozwijał. Bo jeżeli ludzie przestaną myśleć, nic z tego nie wyjdzie.

Czyli nie edukować, tylko uczyć myśleć, to jest co innego.

Uczyć myśleć.

Nie zapamiętywać, tylko myśleć. Otwierać wyobraźnię i przestrzeń myślącą. Czyli przeprowadzić reformę systemu edukacji od podstaw.

Edukacji wyższej przede wszystkim. Z uczelni odchodzą ludzie, którzy coś zrobili, a młodzi idą do biznesu. Bo uczelnia nie daje im żadnych profitów poza tym, że mają trochę spokoju. I musimy coś zrobić, żeby uczelnie nie były masowe. Uczelnie stały się masowe. Uczelnia ma kształcić elitę, a nie masę, a teraz mamy masowość kształcenia.

Skoro jesteś wybitnym informatykiem, masz wyobraźnię, wiesz, co należy zrobić, to może powinieneś się zająć polityką?

Jeżeli udałoby mi się zrobić tę wielką rzecz, którą sobie wymarzyłem, że Phoenix wpisze się do panteonu informatyki światowej, to postanowiłem, że wtedy zajmę się edukacją. I będę też miał legitymację do tego, żeby zająć się polityką, bo coś mi się udało osiągnąć. Wtedy może stworzę ruch ludzi, którzy chcą coś zrobić i mają ku temu podstawy, bo już czymś się zapisali w życiu.

W modelu amerykańskim podoba mi się to, że w Ameryce senatorami, politykami zostają ludzie, którzy coś w życiu osiągnęli. Prezydent Trump przecież stworzył olbrzymi biznes. Udowodnił, że potrafi rządzić, a nie, że mu się wydaje, że potrafi.

A za dziesięć lat ja nie będę już chyba tej technologii tak rozumiał jak teraz, bo teraz jest mój czas.

Tak szybko ta technologia ucieka?

Technologia nie ucieka, bo to jest matematyka. Matematyka jest taka sama. Informatyka, ta sztuczna inteligencja powstała w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Teraz mamy tylko możliwość jej implementacji dzięki szybkim procesorom. W informatyce nic się specjalnie nie zmieniło od czterdziestu lat; problem polega na tym, że człowiek z wiekiem przestaje być tak bystry, inteligentny jak wcześniej. Po prostu sieć neuronowa starzeje się. Jest już przeuczona…

A nie da rady tego technologicznie poprawić, wszczepić sobie coś do mózgu?

Nie chciałbym tego robić. Narkotyki też może są fajne dla wielu ludzi, bo można być wydajnym, ale to ma bardzo słabe konsekwencje. Bo potem człowiek już jest od tego zależny i przestaje być wolny. I tak samo z chipem. Jeżeli będę sobie wkładał chipy, to się uzależnię. Po prostu życie zostało tak skonstruowane, że człowiek ma się urodzić, zrobić coś dobrego, umrzeć, zostawić po sobie jakiś pomnik, który ktoś będzie pamiętał, mały czy duży, i tyle. I po co sobie wszczepiać chipy? To jest bez sensu.

Jesteś wierzący?

Jestem. Byłem w życiu parę razy w takich sytuacjach, w których doświadczyłem działania Boga. Kiedyś wpadłem pod samochód, przeżyłem trochę przez przypadek. Kiedyś walnął koło mnie piorun… nieważne, po prostu uważam, że Bóg to jest miłosierdzie. Czyli to, że trzeba się dzielić z innymi, myśleć o innych, pomagać – to jest istota chrześcijaństwa. A nie klepać jakieś formuły. I pokora. Tego trochę brakuje teraz też w Kościele katolickim. Widzę, że Franciszek wprowadza jakieś zmiany. W każdym razie w takim głębokim sensie, wydaje mi się, że jestem wierzący. Nie wiem, może wielu rzeczy nie rozumiem, ale tak, tak.

Mam kolegę, który był Strefie Gazy, walczył w Armii Izraelskiej. Był w niewoli i powiedział mi: wiesz co, ja widziałem zło w czystej postaci i nauczyłem się nikogo nie oceniać i nie mówić, czy ktoś jest dobry, czy zły. Jak się dotknęło zła w czystej postaci, to człowiek w ogóle inaczej myśli. Przestaje być przede wszystkim moralizatorem. Jeżeli rzeczywiście jest człowiekiem wierzącym, stara się dawać z siebie, co najlepsze. Bo co możemy zrobić innego? Nic właściwie.

Wracając do technologii… cudownie, że jest technologia. Ma aspekty dobre, ma złe, tak jak życie. Sztuka może być używana w celu dobrym i złym. Człowiek też. Ja wierzę, że większość ludzi jest w głębi duszy dobra, tylko że gdzieś tak sobie dryfują…

A co musi być spełnione, żeby Phoenix trafił do tego panteonu?

Musi być używany w wielu urządzeniach i muszą o nim wiedzieć i używać go ludzie na całym świecie. Teraz on jest ogólnodostępny, open source; ludzie mogą go sobie ściągnąć. A ja kolęduję po całym świecie i mówię: używajcie go, on jest bardzo dobry, pokazuję, tłumaczę. Bo w świecie współczesnym rację ma ten, kto głośniej krzyczy, kto ma większy dostęp do ludzi, którymi może manipulować, i na tym polega problem.

Czy miałeś możliwość rozmawiania z najtęższymi głowami i umysłami w Krzemowej Dolinie?

Tak, rozmawiałem z inwestorami, ze znaczącymi ludźmi, którzy już osiągnęli bardzo dużo w tym biznesie.

Nie forsą, tylko głową.

Tak, głową. Stali się potem bogaci. Oni mi powiedzieli: Paweł, on musi być open source, a ty musisz o tym mówić, musisz jeździć po świecie, tłumaczyć, pokazywać. To jest jedyna droga i wtedy się wydarzy, bo równolegle do ciebie krzyczą najwięksi, najwięksi opłacają innych, żeby powtarzali, mówili, opłacają dziennikarzy… I tu wracamy do Facebooka.

Czyli nie wystarczy opłacić na Facebooku informacji „Phoenix jest najlepszy”?

To by pomogło, ale to by była droga kampania; parę milionów dolarów. Na razie wolę jeszcze spróbować metodami tradycyjnymi.

Przy okazji można kogoś poznać, z kimś porozmawiać.

Wywiad Krzysztofa Skowrońskiego z Pawłem Pisarczykiem pt. „A na końcu będzie zbawienie” znajduje się na s. 1 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl oraz na s. 3 i 4 dodatku specjalnego z okazji 9 rocznicy powstania Radia WNET.

Podziel się z innymi
Dopalacze: wakacyjne
Rak prostaty jednym
BRAK KOMENTARZY

Sorry, the comment form is closed at this time.

Translate »