(Nie)typowe polonijne – i nie tylko – ogłoszenia

Jakiś czas temu Craigslist, amerykański serwis ogłoszeń drobnych, przygotował zestawienie nietypowych anonsów,publikowanych na jego łamach. “Trener łapaczy Pokemonów”, “do połowy spalony dywan” czy “najbardziej na świecie niewygodny fotel” – to tylko niektóre z nich. Ale i na polskich portalach nie brakuje oryginalnych propozycji. Część odbiorców także jest (nie)typowa.

Jedno z ogłoszeń, które przykuło uwagę administratorów popularnego amerykańskiego serwisu, dotyczyło oferty pracy w charakterze prześladowcy. Otóż użytkownik, podpisany jako Ben, wyjaśnia, że wiedzie całkiem normalne życie. Ma pracę od 8 rano do 5 ppoł., następnie wraca do domu, odgrzewa obiad, włącza telewizor i idzie spać. A lata – jak dodaje – mijają. Dlatego jest gotowy zapłacić 350 dol. z góry za to, że ktoś przez pół roku będzie go prześladował. Dzięki temu ma nadzieje, że jego życie stanie się bardziej ekscytujące. “Nie chodzi o nic wielkiego, na przykład wpychanie się w kolejkę, zajmowanie miejsca parkingowego, lekkie popychanie i od czasu do czasu szeptanie mi do ucha: znowu się spotykamy. Preferowana osoba mówiąca z brytyjskim akcentem”. W innym ogłoszeniu właściciel psa rasy pitbull chętnie pomoże w nastraszeniu wskazanej osoby. Podkreśla, że nie interesuje go przyczyna, jedynie wypłata przed robotą, a konkretnie 35 dol. za 10-minutowe warczenie i szczekanie jego pupila. Dojazd w obrębie Brooklynu – jak dodaje właściciel – jest bezpłatny.

1000 DOL. DLA SZOFERA

Z amerykańskich, ale i polonijnych portali ogłoszeniowych korzysta pan Paweł z Filadelfii (nazwisko do wiadomości red.). Ponieważ z wykształcenia jest fotografem, a przed emigracją pracował m.in. na weselach i imprezach branżowych, podobne usługi zareklamował w metropolii nowojorskiej. “Jedną z pierwszych osób, które się do mnie odezwały, był fotograf, a przynajmniej tak się przedstawił, który twierdził, że jego asystent wyjechał na wakacje i szuka zastępcy. Chodziło o ślub. Dla mnie łatwizna, więc zgodziłem się bez wahania. Po imprezie, w trakcie wybierania zdjęć do druku, okazało się, że klientom spodobały się bardziej te mojego autorstwa. Mój szef wpadł w taki szał, że skasował wszystkie, a mnie wyzwał od nierobów i leni, czego w ogóle nie zrozumiałem, a później wysłał mi e-maila, w którym napisał, że “żaden asystent, jeszcze mu nigdy tak zdjęć nie spier….”. To było na tyle ‘ciekawe’ doświadczenie, że oduczyło mnie pracy w parach” – przyznaje pan Paweł.

W ciągu jego czteroletniej już pracy w metropolii nowojorskiej kilka razy zdarzyło się, że klient umówił się na zdjęcia, potwierdzając je w ostatniej chwili, po czym nie zjawił się na sesji. W jednym przypadku, zamiast zdjęć portretowych, pan Paweł miał stać się fotografem na planie filmu pornograficznego w jednym z mieszkań na Brooklynie, o czym dowiedział się już na miejscu. Twórcami i aktorami byli Polacy. Odmówił. Najgroźniejsza sytuacja wydarzyła się jednak kilka miesięcy temu. “Dostałem e-maila od kogoś, kto przedstawił się jako Charlie. Chyba nie urodził się w Stanach, bo wiadomość miała mnóstwo błędów. Chodziło o sesję ślubną dla jego przyjaciół, za którą chciał zapłacić. Proponował 5 tys. dol. Wyjaśnił też, że on nie będzie na przyjęciu weselnym, bo leży w szpitalu i walczy z chorobą nowotworową. Swoją nieobecność chce zrekompensować właśnie takim prezentem. Podał, datę i adres. Miałem akurat wtedy wolny weekend, więc się zgodziłem. Pieniądze miałem dostać niebawem. Tydzień przed ślubem Charlie napisał, że ma wielką prośbę – chciał też zapłacić szoferowi, ale nie może wyjść ze szpitala, więc zapytał, czy mógłbym pożyczyć mu 1 tys. dol., a on zamiast 5 tys. dol. zapłaci mi 6 tys. Szofer miałby przyjechać do mnie do domu. Poza tym upierał się, że pieniądze przeleje na moje konto za pomocą karty kredytowej. Wtedy wydało mi się to mocno podejrzane i zrezygnowałem ze zlecenia. Nie mam stuprocentowej pewności, ale myślę, że było to oszustwo” – uważa pan Paweł.

POSZUKIWANA NIBY ASYSTENTKA GRAFIKA

22-letnia Monika (nazwisko do wiadomości redakcji) z Krakowa przyjechała do Nowego Jorku, do babci, na wakacje. W październiku rozpoczyna naukę na trzecim roku w Wyższej Szkole Artystycznej w Warszawie. Mieszkanie w stolicy to dość spory wydatek, więc chciała sobie coś zarobić. W internecie znalazła fajną ofertę. Przynajmniej tak jej się wydawało. “W ogłoszeniu było napisane, że niewielka firma reklamowa poszukuje asystenta grafika. Preferowani byli studenci. Płaca w zależności od zlecenia. Napisałam e-maila, dołączyłam swoje CV oraz kilka prac. Po pewnym czasie dostałam odpowiedź – napisał do mnie Brian, niby szef firmy, informując, że jest zainteresowany i prosi o spotkanie. Dzień przed dostałam wiadomość na Skype, w której Brian opisał siebie, jako bardzo przystojnego białego Amerykanina, po czym dodał, że wspólnie możemy się świetnie zabawić i że moja praca nie będzie odbywała się tylko w biurze. Wyjaśnił też, że poprzednia ‘asystentka’ była bardzo zadowolona, bo mogła używać do woli jego karty kredytowej. Proponował też wycieczkę do Los Angeles. Prosił, by go nie oceniać, bo po prostu takim jest szefem” – opowiada Monika. Pan na szczęście nie okazał się być prześladowcą i gdy nasza rozmówczyni napisała, że nie jest zainteresowana takim stanowiskiem pracy, odpisał krótkie “ok”. Jak dodaje Monika, kilka dni później ponownie zobaczyła jego ogłoszenie na popularnym portalu i ponownie było napisane: “Niewielka firma reklamowa poszukuje asystenta grafika”.

MNIE KARALUCHY NIE PRZESZKADZAJĄ…

Wśród ogłoszeń, i to zarówno na amerykańskich, jak polonijnych portalach, dużą popularnością cieszą się te dotyczące mieszkania lub pokoju do wynajęcia. Większość z nich zawiera informacje dotyczącą adresu oraz ceny. Zdarzają się takie, w których właściciele nie chcą pieniędzy, a usług seksualnych. Na przykład 28-letni mężczyzna z Queensu jakiś czas temu szukał lokatorki mającej nie więcej niż 25 lat, do jednosypialniowego apartamentu. Spanie – przewidziane w jednym łóżku. Właściciel podkreślał, że nie chrapie, dlatego preferowane były osoby, które także nie chrapią. Na nieco inne ogłoszenie natrafił pan Marek z dzielnicy Bensonhurst na Brooklynie. Co prawda wydarzyło się to kilka lat temu, ale tego mieszkania położonego w kamienicy na Borough Parku nie zapomni do końca życia. “Tyle co przyleciałem do Nowego Jorku i po tygodniu gościny u kumpla musiałem znaleźć pokój. Spodobało mi się ogłoszenie dotyczące apartamentu w dzielnicy, w której pracowałem. Właścicielem był Janek. Cena całkiem znośna, bo 450 dol. za umeblowany pokój. W dodatku od zaraz. Gdy wszedłem do mieszkania, zobaczyłem dwa wielgachne karaluchy biegające sobie po kuchni. Było to w dzień. Wtedy jeszcze nie dotarło do mnie, że jeśli tak wygląda sytuacja, gdy jest jasno, to co się musi dziać nocą. Działo się, i to sporo. Gdy zwróciłem uwagę panu Jankowi na liczbę robactwa w mieszkaniu i że tak się nie da żyć, to wzruszył ramionami i stwierdził, że jemu karaluchy nie przeszkadzają” – opowiada pan Marek. Całej sumy pieniędzy nie odzyskał, bo właściciel stwierdził, że karaluchy nie są groźne i można z nimi mieszkać. Po wielkiej kłótni oddał tylko depozyt.

KULTURALNE PANIE W ŚREDNIM WIEKU

O wiele milsze, ale też trochę nietypowe są ogłoszenia dotyczące transportu lub prośby o podwiezienie w odleglejsze miejsca metropolii. Na przykład pani Alicja z Bronksu razem z koleżanką wybierają się 17 września do Narodowego Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Stockbridge, MA. Od pewnego czasu szukają kogoś, kto tego samego dnia wybiera się w te strony. “Chcemy uczestniczyć w uroczystościach dziękczynnych za kanonizację św. Stanisława Papczyńskiego, celebrowanych przez bp. Witolda Mroziewskiego. Ja wprawdzie mam samochód, ale mogę jechać maksymalnie dwie godziny, tam jest ze cztery. W dodatku sanktuarium nie znajduje się w samym Stockbridge, ale podobno gdzieś obok, a ja GPS-u nie mam i boję się, że zabłądzę” – wyjaśnia pani Alicja w rozmowie z „Nowym Dziennikiem”. Po raz pierwszy umieściła tego typu ogłoszenie w internecie i ma nadzieję, że uda jej się znaleźć rodaków jadących na wspomniane uroczystości, z którymi ona i jej koleżanka będą mogły się zabrać. “Specjalnie podkreśliłam, że jesteśmy paniami w średnim wieku, żeby jakaś młodzież się nie rozczarowała, a tak poważnie to nie szukamy przygód, tylko chciałybyśmy jechać i się pomodlić. A jak wspólna wyprawa zaowocuje fajną znajomością, to jeszcze lepiej” – dodaje pani Alicja. Gdy pytam o autobusy, odpowiada, że nawet nie sprawdzała, w końcu samochodem najwygodniej. Deklaruje też, że razem z koleżanką dorzucą się do kosztów paliwa. “Tak się ucieszyłam, gdy zobaczyłam, że pani dzwoni, bo wyświetliło mi się polskie nazwisko i myślałam, że to w sprawie uroczystości. Pani na pewno nie jedzie?” – dopytywała się pani Alicja. – No nic, może ktoś się odezwie, w końcu zostało jeszcze trochę czasu”.

JAK JEST CIEMNO, TO KOT SIĘ NIE RUSZA

Mieszkaniec Williamsburga, pan Andrzej, deklaruje, że zaopiekuje się kotem właściciela, który wyjeżdża na wakacje. Twierdzi także, że ma doświadczenie w opiece nad zwierzętami, bo przez kilka lat hodował królika, o imieniu Bysio. Co ciekawe, kota można zostawić u pana Andrzeja za darmo. “Sam kiedyś byłem w takiej sytuacji i wiem, jak to jest. Chętnie przygarnę na kilka tygodni zwierzaka. U mnie będzie miał o wiele lepsze warunki niż w przytułku” – uważa właściciel Bysia. Królik odszedł jakiś czas temu, więc w mieszkaniu nie ma już innych zwierząt. “Mam duży balkon i kot będzie miał gdzie chodzić” – informuje mnie pan Andrzej. Gdy pytam, czy ma jakieś zabezpieczenia, tak by zwierzak nie wypadł na ulicę, odpowiada, że w dzień koty przecież widzą krawędź, a w nocy, jak jest ciemno, to się nie ruszają. Gdy mówię, że to właśnie po zmroku koty zaczynają być najbardziej aktywne, odpowiada, że może dopiero wtedy, jak im się wzrok przyzwyczai do ciemności.

CYGAŃSKIEGO WESELA TAM SIĘ NIE ZROBI…

Jakiś czas temu w Polsce głośno zrobiło się o zabawnym ogłoszeniu dotyczącym sprzedaży mieszkania w Zielonej Górze. Oprócz podstawowych informacji dotyczących powierzchni, ceny i miejsca, zawierało także zupełnie niestandardowe wiadomości. Na przykład dotyczące łazienki: “Faktycznie ten wątek chciałbym pominąć. Gdyby Andrzej Gołota tak wprawnie unikał ciosów, jak ja remontu, to obecnie mielibyśmy w posiadaniu naszego pięściarza wagi ciężkiej pasy federacji WBO, HBO, PKO oraz nawet Polsat Romans”. Także metraż mieszkania jest podany w zupełnie nietypowy sposób: “Izba większa ma powierzchnię 19,125 m/kw i co prawda cygańskiego wesela się tam nie zrobi, ale lekki biwak ze szwagrem zawsze! Izba mniejsza parlamentu – 7,875 m/kw. Tutaj można zamontować piętrowe prycze i skwapliwie upchnąć gówniarzy, jednocześnie korzystając z pakietu 500 Plus (już od kwietnia w promocji).

BEZ KOMENTARZA

Z kolei mieszkaniec Nowego Jorku proponuje pomoc w pozbyciu się z mieszkania zbędnych instrumentów muzycznych. Chętnie widziane są pianino lub fortepian, ale gitara, trąbka i harfa też może być. W zamian proponuje przybicie piątki. Myli się jednak ten, kto sądzi, że dłoń oferenta jest zwyczajna. Jej właściciel zapewnia, że jest “pierwszorzędna”, dlatego przybicie piątki ma “nadzwyczajną moc i przynosi szczęście”. Z kolei w lutym na portalu ogłoszeniowym pojawiła się prośba o dostarczenie pod wskazany adres dwóch kawałków tortu czekoladowego i opakowania lodów waniliowych. Autorka wyjaśniła, że za nic w świecie nie chce jej się wychodzić z domu, bo pada śnieg. Za taką usługę proponuje 100 dol. O wiele mniej, bo dolara, oferuje mężczyzna kobiecie, która przyjdzie do niego do mieszkania i przez pięć minut będzie siedzieć w wannie ubrana w strój kąpielowy, wypełnionej ugotowanym, ale zimnym makaronem. Co ciekawe, autora ogłoszenia w tym czasie nie będzie w domu. Czas siedzenia w kluskach będzie mierzył sąsiad, który ma stać w progu apartamentu.

Nie ma danych mówiących o tym, ile dziennie ogłoszeń ląduje w internecie, ale na pewno sporo i pewnie autorzy większości z nich mają uczciwe zamiary i proponują standardowe usługi. W tym gąszczu propozycji są jednak i takie, nad którymi warto się dobrze zastanowić i przeglądać je trochę z naturą Kubusia Fatalisty.

Źródło: http://www.dziennik.com/publicystyka/artykul/nietypowe-polonijne-i-nie-tylko-ogloszenia

Tygodnik Polonijny

Podziel się z innymi
Rzeszów: Rozbita gr
Alfabet Jerzego Zię
BRAK KOMENTARZY

Sorry, the comment form is closed at this time.

Translate »