Franciszek Sokół uratował Gdynię. Ale teraz jesteśmy gospodarką peryferyjną i montownią dla gospodarki niemieckiej…

Komisarz Gdyni Franciszek Sokół, gdy Stocznia Gdyńska upadła, natychmiast pojechał do Warszawy, szukać ratunku dla zakładu, a głównie dla miejsc pracy. Podtrzymał produkcję aż do wojny. Można było?

Tomasz Hutyra

„Kiedy Niemcy wypowiedzieli nam traktat handlowy, odmówili przyjmowania na ich rynki węgla górnośląskiego i usiłowali zadusić nas węglem i uzależnić gospodarczo, aby następnie, jak to tylekroć im się udawało, uzależnić od siebie i politycznie”.

Ze zdumieniem czyta się powyższe słowa, odnoszące się do politycznej sytuacji z 1925 roku, czyli prawie sto lat temu. Obecnie wydźwięk tych słów jest nam jakoś dziwnie bliski.

O tym, że jesteśmy gospodarką peryferyjną dla gospodarki niemieckiej, może świadczyć szereg dowodów i źródeł. Dowód podstawowy tkwi jak drzazga w traktatach przedakcesyjnych, w których to Polska zobowiązała się jednostronnie do redukcji przemysłu ciężkiego i lekkiego wraz z przemysłem okrętowym w zamian za przyjęcie do Unii Europejskiej. A potem zostaliśmy montownią…

Na Pomorskim Forum Gospodarczym w 2016 roku, zorganizowanym przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową w Gdańsku, można było usłyszeć, że Polska gospodarka to tylko montownia. Taką diagnozę postawił ówczesny wicepremier, a obecnie premier Mateusz Morawiecki. Na tym samym forum słowa Morawieckiego potwierdził również przedstawiciel poprzedniej partii rządzącej, obecny Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk. Powiedział dosłownie tak: „Jesteśmy montownią; zaczynamy od zera.” A gdzie byliście, wy wszyscy eksperci, politycy, samorządowcy przez ostatnie dwadzieścia pięć lat? Teraz mówicie otwarcie, że zaczynamy od zera…? Co to ma znaczyć?

Kiedyś Gdynią zarządzał Komisarz Franciszek Sokół. To on właśnie wypowiedział cytowane na początku słowa. Niemcy nie mogli w dwudziestoleciu międzywojennym dać sobie rady z gospodarką polską, prowadząc wojnę ekonomiczną, to najechali nasz kraj. Wymordowali elitę. Samorządowca Franciszka Sokoła przeciągnęli przez piekło obozów koncentracyjnych. On cudem przeżył, ale większości się nie udało. Zostali wymordowani w Piaśnicy i w wielu innych miejscach kaźni. (…)

Komisarz Gdyni Franciszek Sokół, gdy Stocznia Gdyńska upadła, natychmiast pojechał do Warszawy, szukać ratunku dla zakładu, a głównie dla miejsc pracy. Dopiął swego. Miasto Gdynia wykupiło akcje upadłej Spółki. Sokół uratował stocznię. Podtrzymał produkcję aż do wojny. Można było? A co robili obecni samorządowcy? Jeden z nich, z naszego województwa, ten najważniejszy, bo marszałek sejmiku przecież, już się przyznał: zaczynamy od zera! (…)

Obecnie personel pracowniczy nazywamy ludzkimi zasobami. Taki materiał do obróbki skrawaniem. Jak widać brak szacunku do robotniczego znoju jest u nas jakimś rakiem, który toczy nasz kraj od dawna. Był ten brak szacunku, jak widać, przed wojną, był za komuny i jest teraz. Młodzi nie wyjechaliby za chlebem, gdyby mieli tutaj perspektywy. No, ale jak mamy znów zaczynać od zera, to nie ma czemu się dziwić, że według klasyka, kraj nasz to członek, cztery litery i kamieni kupa. (…)

W czerwcu 2016 roku mięło osiemdziesiąt lat od próby niemieckiej próby likwidacji Stoczni Gdyńskiej w drodze licytacji. Hitlerowcy nie dali rady opanować stoczni poprzez wojnę ekonomiczną. Dopiero gdy wjechali czołgami, zapanowali nad polskim przemysłem.

Franciszek Sokół pisał: „Wyrobiłem sobie pogląd, że tu grają nieczyste siły, że tu zorganizowany kapitał przechodzi do porządku dziennego nad wszelkimi innymi względami czy argumentami”. I dalej: „Rada Miejska w Gdyni na specjalnym posiedzeniu jednogłośnie zdecydowała kupić Stocznię Gdyńską przed licytacją, a ja otrzymałem nieograniczone upoważnienie do przeprowadzenia wszelkich kroków niezbędnych do wykonania tej uchwały”.

W tej sprawie doszło do ciekawych negocjacji z profesorem Noem w sprawie wykupienia udziałów Stoczni Gdynia od Stoczni Gdańsk. Konferencje oraz negocjacje odbywały się w sali Rady Miejskiej. Franciszek Sokół pisał: „Rozmawiamy z Gdańskiem przez tłumacza Tannenbauma, adwokata ze Lwowa”. Komisarz bardzo trafnie zauważył, mówiąc do Noego – „Niechaj pan w szacunku swoim weźmie pod uwagę tylko maszyny i urządzenia, bo ani pracownik stoczni, ani teren stoczni do pana, a więc do Stoczni Gdańskiej od dzisiaj nie należą”.

Po długich, burzliwych pertraktacjach profesor Noe zszedł ze swojej oferty zbycia udziałów z kwoty milion dwieście tysięcy ówczesnych złotych polskich do kwoty stu pięćdziesięciu tysięcy złotych płatnych w trzech miesięcznych ratach.

„Właściwie stocznia to nie są mury ani hale, ani maszyny i w ogóle wszelkie urządzenia, ale stocznia, tak jak każdy warsztat pracy, to przede wszystkim ludzie i jeszcze raz ludzie”.

Cały artykuł Tomasza Hutyry pt. „Franciszek Sokół uratował Gdynię. Ale teraz jesteśmy montownią” znajduje się na s. 4 majowego „Kuriera WNET” nr 47/2018, wnet.webbook.pl.

WNET.FM

Podziel się z innymi
TAGI POSTA
Biznes: Chcę prowad
Technologia rozszerz
BRAK KOMENTARZY

Sorry, the comment form is closed at this time.

Privacy Preference Center

Close your account?

Your account will be closed and all data will be permanently deleted and cannot be recovered. Are you sure?

Translate »