Cywilizacja europejska znika pod wpływem globalizacji. Będziemy mieć do czynienia z coraz większą rolą islamu

Dzisiaj nawet europejski wyznawca judaizmu, który sprzeciwi się promowaniu masowej imigracji lub zakwestionuje możliwość integrowania imigrantów, zostanie przez media nazwany nazistą.

 

Antoni Opaliński
David Engels

Nadchodzi epoka imperiów

Rozmowa z profesorem Davidem Engelsem, belgijskim historykiem starożytności, wykładowcą Université Libre de Bruxelles, autorem m.in. książki o podobieństwach historycznych między późną republiką rzymską a obecną Unią Europejską. Wywiad został przeprowadzony podczas tegorocznej edycji Kongresu Polska Wielki Projekt. Rozmawiał Antoni Opaliński.

Co Pan sądzi o sytuacji w Polsce? Z niektórych zachodnich mediów można się dowiedzieć o postępującym nacjonalizmie i kryzysie demokracji.

Jako historyk starożytności nie śledzę bardzo dokładnie polskiej polityki i nie czytam polskich gazet. Jednak widzę ogromną przepaść między tym, co jest przedstawiane w mediach, a tym co naprawdę się dzieje. Czytając o polskiej polityce w zachodnich mediach, można stwierdzić, że wiele zarzutów wysuwanych wobec polskiego rządu jest nieporównywalnych wobec wydarzeń akceptowanych w innych krajach. Nawet najdrobniejsze rozwiązanie proponowane przez polski rząd jest natychmiast traktowane jako potencjalnie nacjonalistyczne czy ksenofobiczne. Ale kiedy w innych krajach dzieją się rzeczy dużo bardziej niebezpieczne, np. hiszpańskie podejście do sprawy katalońskiej, spotyka się to jedynie z milczeniem i zapewnieniami, że Unia nigdy nie ingeruje w wewnętrzne sprawy swoich członków.

 

Podczas ostatnich podróży do Warszawy, Krakowa czy Przemyśla zawsze czułem się bardzo dobrze. Na ile mogłem to stwierdzić, wszędzie w Polsce panuje żywa, demokratyczna debata.

Nie ma wrażenia, że jest się w autorytarnym państwie policyjnym. Przeciwnie, miałem poczucie, że jestem w kraju o wiele bardziej wolnym i normalnym niż np. dzisiejsza Belgia, gdzie ludzie o pewnych poglądach są po prostu zmuszani do milczenia. Natomiast obecność policji na ulicach Brukseli jest prawdopodobnie dziesięć razy większa niż w Warszawie.

 

To jak wygląda dziś wolność słowa w tej „starej”, „pokarolińskiej” Europie?

Nie żyjemy oczywiście w państwie autorytarnym, gdzie wypowiadanie poglądów, które nie odpowiadają rządowi, jest karane więzieniem. Nic z tych rzeczy. Jednak panuje szeroko rozpowszechnione poczucie, że pewnych rzeczy mówić nie wolno. Na przykład nie wolno krytykować masowej imigracji, nie można krytykować Unii Europejskiej. Nie można propagować pewnych poglądów religijnych, na przykład katolickiego punktu widzenia na aborcję. Takie opinie od razu są kwalifikowane jako ekstremistyczne. Kiedy się raz zostanie określonym jako konserwatysta, można stać się wkrótce reakcjonistą, następnie faszystą, a potem nazistą. Jeżeli raz się wypadnie ze spektrum dozwolonych poglądów, można szybko trafić do kąta dla ekstremistów.

To bardzo utrudnia normalne funkcjonowanie w życiu społecznym i zawodowym, bo ludzie zaczynają cię omijać, unikają wymiany poglądów – bo jeszcze ktoś mógłby stwierdzić, że zgadzają się z twoimi opiniami. Ten bardzo misterny i efektywny sposób na ograniczanie wolności słowa spowodował, że o wielu problemach ludzie rozmawiają w wąskim kręgu. I każdy powtarza – tego nie mogę powiedzieć głośno, bo ludzie pomyślą, że… Zupełnie nie czuję tej opresyjnej atmosfery, kiedy przyjeżdżam do Polski albo na Węgry.

 

Jakie są przyczyny tej sytuacji? Czy to ma związek z lewicową rewolucją lat sześćdziesiątych?

Tak, to może być jedna z konsekwencji rewolucji kulturalnej 1968 roku. Uważam, że ma to również ścisły związek z poczuciem winy po II wojny światowej. Zwłaszcza w przypadku Niemiec wydaje się to zrozumiałe. Nie jestem Niemcem, ale pracowałem w Niemczech przez długi czas i obserwowałem z bliska tę sytuację.

Trauma niemieckiej winy po II wojnie światowej nie znikła w ciągu kolejnych dziesięcioleci, ale wręcz się powiększyła w następnych pokoleniach. Poczucie odpowiedzialności wydaje się obecnie większe niż pół wieku temu. Ten proces rozszerzył się na inne zagadnienia i inne kraje. Obecnie nie chodzi już tylko o II wojnę światową, ale też o winy kolonializmu, o wojny poprzednich epok, o inkwizycję i wyprawy krzyżowe.

Pozostałe narody starają się wypracować własne podejście do kolonialnej przeszłości. Mamy więc do czynienia z powszechnym poczuciem historycznej winy, wręcz z masochizmem, który jest konsekwencją takiej postawy. To wszystko wpływa na przykład na stosunek do kryzysu migracyjnego. Każda krytyka imigracji czy też sposobu integracji ludzi związanych z innymi kulturami zmienia się szybko i często bez powodu w debatę o rasizmie. Natychmiast wspominany jest holokaust, a każdy, kto nie wyraża powszechnie akceptowanych poglądów politycznych, staje się od razu nazistą. Dzisiaj nawet europejski wyznawca judaizmu, który sprzeciwi się promowaniu masowej imigracji lub zakwestionuje możliwość integrowania imigrantów, zostanie przez media nazwany nazistą. To oczywiście absurdalne, ale właśnie do tego doszliśmy.

 

Jest Pan autorem książki o podobieństwach między kryzysem starożytnej republiki rzymskiej a kryzysem Unii Europejskiej. Jakie wspólne cechy widzi Pan w tych dwóch tak odległych procesach?

Jestem przede wszystkim historykiem starożytności, a moja podstawowa wiedza dotyczy historii Grecji i Rzymu. Parę lat temu napisałem książkę o narzucających się analogiach między tymi dwiema historycznymi sytuacjami – późna republika rzymska, a więc I wiek przed Chrystusem, i obecne czasy.Chciałbym podkreślić, że nie piszę o upadku imperium rzymskiego, tylko właśnie o kryzysie republiki, o jej powolnej dezintegracji i transformacji w autorytarne państwo. Ten proces wydał mi się kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje w dzisiejszej Europie. Jest wiele podobnych czynników – np. kryzys demograficzny, fenomenem masowej imigracji. W okresie późnej republiki występuje też kryzys tradycyjnej rodziny i fala rozwodów. Jest także schyłek tradycyjnej religii republikańskiego Rzymu i napływ nowych wierzeń ze wschodnich części imperium, które zdobywały coraz silniejszą pozycję w miastach. Była analogia do globalizacji w formie romanizacji całego znanego świata – tak jak dziś globalizacja przybiera formę amerykanizacji. Można zaobserwować kryzys uczestnictwa w polityce i powstanie ekonomicznej oligarchii, która używała pseudorepublikańskiej dekoracji.

Technokracja, asymetryczne wojny – nie konflikty między krajami, tylko wojny państwa, które uważa się za gwaranta cywilizacji i praw człowieka z barbarzyńcami. Terroryzm, piractwo… wszystkie te zjawiska, które możemy zaobserwować dzisiaj. A przede wszystkim – powolna, wewnętrzna dezintegracja systemu politycznego, który stracił zdolność do rozwiązywania problemów ludzi. Późna republika charakteryzowała się też – podobnie jak dziś Unia – pewną bezradnością, z której korzystała oligarchia, ale która była szkodliwa dla większości społeczeństwa. To doprowadziło do sporów wewnętrznych i wojen domowych. Uważam, że jesteśmy obecnie na krawędzi podobnego rozwoju sytuacji w Europie. A potem jedynym wyjściem z katastrofy okazuje się transformacja państwa w kierunku autorytarnym z republikańską fasadą, trochę jak w dzisiejszej Rosji, Turcji czy Chinach. Sądzę, że to może nastąpić w Europie w najbliższych dekadach.

 

Gdzie będzie wtedy ośrodek władzy?

To bardzo dobre pytanie, ponieważ dzięki Grupie Wyszehradzkiej Europa jest dziś podzielona. Zachodnia część jest liberalna – w takim sensie, o jakim mówiliśmy na kongresie, liberalna społecznie, kulturalnie i obyczajowo w duchu kontynuacji roku 1968. Spora część krajów europejskich jest już zislamizowana. Ale jest też wschodnia część Unii Europejskiej, która próbuje przeciwstawić się tym ogólnym trendom. Nie wiem, co z tego wyniknie, bo jest oczywiście wiele różnic między aktualną sytuacją a schyłkiem republiki rzymskiej. Historia nigdy nie powtarza się w ten sam sposób. Jednak obserwując ogólny kierunek przypuszczam, że zachodnia Europa będzie dużo mniej stabilna politycznej od wschodniej części Unii. Uważam, że problemy z imigracją, brak równowagi społecznej i stagnacja gospodarki spowodują ogólny kryzys, brak stabilności politycznej i dominację partii populistycznych, które nie muszą koniecznie wchodzić do rządów, ale przez samą obecność w parlamentach będą zmuszać inne partie do uwzględniania swoich postulatów. Spodziewam się więc, że zachodnią Europę czeka powolny schyłek i że coraz trudniej będzie nią rządzić. Z powodów demograficznych będziemy mieć do czynienia z coraz większą rolą islamu.

Natomiast Europa Środkowa ma sporą szansę, aby nie ulec tej ewolucji, zarówno ekonomicznej, jak i migracyjnej i stać wyspą stabilności.

 

Uważa Pan, że to w ogóle możliwe – nie ulec presji migracyjnej?

Mam nadzieję. Myślę, że to jest przede wszystkim kwestia odpowiedniej decyzji politycznej.

 

Czy da się powstrzymać fale migracji za pomocą decyzji politycznej?

W tej chwili to działa całkiem sprawnie. Ja mieszkam w mieście, w którym trzecia część ludności ma korzenie muzułmańskie. Aby osiągnąć taki poziom, do Polski musiałyby przybyć miliony ludzi. Nawet gdyby Polska czy Węgry przyjmowały więcej imigrantów, nie osiągnęłyby łatwo takiego poziomu.

 

Tymczasem wczoraj, na Kongresie Polska Wielki Projekt wysłuchaliśmy odmiennej wizji. Znany niemiecki filozof Peter Sloterdijk tłumaczył, że Europa powinna być postimperialna, postheroiczna, postreligijna… Właściwie post-wszystko… Po prostu słuchajmy wskazań europejskiej centrali i wszystko będzie w porządku.

Sam Pan powiedział, że Sloterdijk mówił jak „powinno być”. To bardzo miłe, kiedy ktoś mówi, że będzie pięknie. Też mógłbym powiedzieć o Europie, masowej ekonomii, hiperkapitalistycznej gospodarce i marksizmie kulturowym, że będą dobrze działać, kiedy ludzie będą dobrze się zachowywać. Tak jak wczoraj usłyszeliśmy, w państwie złożonym z aniołów nie ma żadnych politycznych problemów. Ale problem polega na tym, że mamy do czynienia z prawdziwą historią i prawdziwymi ludźmi, z realnymi konfliktami i z określonym dziedzictwem kultury, które każdy z nas posiada.

Apelowanie o Unię Europejską, która nie będzie imperialna, jest może i godne podziwu, ale absolutnie naiwne. Historia nigdy nie była opowieścią o pacyfizmie. Historia zawsze była – i obawiam się, że zawsze będzie – o walce kultur, imperiów, narodów, politycznych i ekonomicznych interesów. Zawsze będzie mówiła o religiach, które chcą rozszerzać swój zasięg, bo uważają, że znają prawdę i chcą ją upowszechniać. Tak więc możemy oczywiście mieć nadzieję, że świat będzie dobry, ale kiedy zapominamy o doświadczeniu historycznym, taka naiwność staje się niebezpieczna.

Ja też oczywiście mam nadzieję, że Unia Europejska poradzi sobie z tymi wszystkimi problemami i będzie żyć w pokoju ze swoimi sąsiadami. To powinien być nasz cel, ale powinniśmy pamiętać o zasadzie – si vis pacem, para bellum. Trzeba być gotowym na wszystko, co może nadejść. A Sloterdijk proponuje, aby po prostu wyjść poza historię. To byłoby możliwe, gdyby na świecie nie było żadnego państwa poza Unią Europejską.

Jeśli mamy zastanowić się nad tym, czego zabrakło w jego wystąpieniu, to np. odpowiedzi, jak postępować wobec powstającego imperium chińskiego, potężniejszego niż Unia i Stany Zjednoczone razem. Jak poradzić sobie ze światem islamu, dynamicznym, ekspansywnym i poszukującym własnej politycznej drogi. Jest też populacja Afryki, eksplodująca, żyjąca w ogromnym ubóstwie. To są wszystko fakty, których nie można zignorować. Nie możemy powiedzieć, że mamy Unię Europejską, historia się skończyła, a my żyjemy sobie w pokoju.

 

Wróćmy zatem do historii. Który z antycznych pisarzy jest dziś najbardziej aktualny i może nam powiedzieć coś istotnego o naszych czasach?

Wskazałbym dwa nazwiska. Z jednej strony to oczywiście Cyceron. Analiza upadku jego państwa, którą zawarł w traktacie De re publica, jest wciąż aktualna również dla nas. Cyceron pokazuje i tłumaczy transformację republiki w państwo bardziej scentralizowane, bezwiednie przygotowując nadejście formy państwa z czasów Augusta. Drugi to Salustiusz, historyk czasów późnej republiki, ze swoją pesymistyczną, lecz realistyczną wizją polityki. Pokazuje, jak wojny domowe i zamieszki I wieku przed Chrystusem nie wydarzyły się przypadkiem, lecz stanowiły konsekwencję wewnętrznego rozprzężenia obyczajów. Ta diagnoza może okazać się profetyczna także w odniesieniu do naszych czasów.

 

Dziedzictwo Europy to antyk, ale to również chrześcijaństwo. Czy uważa Pan, że chrześcijaństwo odegra jeszcze jakąś rolę w dziejach zachodniej Europy?

Chrześcijaństwo znajduje się u korzeni naszej europejskiej tożsamości. Sądzę, że nawet bardziej niż dziedzictwo świata antycznego. Zresztą przez wieki dzieła autorów starożytnych były interpretowane za pośrednictwem chrześcijaństwa. W pewnym sensie chrześcijaństwo jest Europą.

Skutkiem porzucenia, a nawet walki z tym dziedzictwem od XVIII wieku stało się w dłuższej perspektywie podcięcie naszych korzeni. Teraz ponosimy konsekwencje. Na przykład współczesne państwo demokratyczne nie ma podstaw gwarantujących jego funkcjonowanie. Sposób, w jaki ludzie odnoszą się do siebie, lojalność, rodzina, wiara w Boga, moralność… wszystkie te rzeczy, których nie da się zawrzeć w pisanej konstytucji, ale bez których demokracja nie działa. Z powodu niszczenia chrześcijaństwa demokracja powoli przemija i jest w nieustannym kryzysie.

W tym momencie można powiedzieć, że chrześcijaństwo w Europie Zachodniej właściwie zanikło. Nawet wśród tych niewielu ludzi, którzy mogliby powiedzieć, że mają katolickie lub protestanckie korzenie. Mówią, że są chrześcijanami, bo byli jeszcze ochrzczeni, ale czy rzeczywiście w cokolwiek wierzą, czy też jest to jedynie wyraz pewnej przynależności kulturowej? Niewielu ludzi można naprawdę nazwać chrześcijanami, większość to w najlepszym razie monoteiści, którzy uważają, że w ostateczności wszystkie religie są takie same, a Święta Trójca czy Maryja Dziewica to jedynie symbole. W tej chwili z chrześcijaństwa w Europie Zachodniej zostało niewiele. Jeżeli spojrzymy na statystyki, już teraz więcej ludzi realnie praktykuje islam niż katolicyzm.

Mam niewielką nadzieję, że wobec wzrostu islamu i postępującej dezintegracji społecznej i ekonomicznej na Zachodzie, ludzie mogą na nowo odkryć chrześcijaństwo, by potwierdzić swoją tożsamość. Kiedy presja z zewnątrz jest tak duża, może pojawić się potrzeba zdefiniowania siebie samych. Jeszcze dwa pokolenia wstecz nie było takiej potrzeby.

Wobec masowej imigracji ludzi z innych kultur, Europejczycy mogą zapragnąć samookreślenia: „my, czyli chrześcijanie”. Może więc pojawić się pewna forma chrześcijaństwa, konieczna, aby zdefiniować się w opozycji np. do islamu. Nie wiem, czy to nowe, może „drugie” chrześcijaństwo może być bardziej duchowe, raczej nie będzie opierać się na żarliwej wierze i modlitwie. To będzie raczej formuła przyznawania się do dawnej kultury europejskiej. Trudno też przewidzieć, na ile ten proces może osiągnąć masowy charakter.

 

Nasze czasy nie są pierwszą epoką, w której ogłasza się kryzys Europy. Zajmuje się Pan także niemieckim myślicielem Oswaldem Spenglerem, który już 100 lat temu pisał o „zmierzchu Zachodu”.

Jestem pod wielkim wrażeniem Oswalda Spenglera. Mogę chyba określić siebie jako jednego z kilku obecnie spenglerian, przewodniczę nawet Oswald Spengler Society. Jestem więc, jeśli chodzi o Spenglera, nieco stronniczy. Tak, uważam, że nawet dziś, w roku 2018, to, co Spengler przewidywał w roku 1918, jest w 90, a może 95% wciąż aktualne. To, co przewidywał jako nasz przyszły rozwój, rzeczywiście się wydarzyło.

To zresztą wcale nie musi prowadzić tylko do pesymistycznych wniosków. On bardzo dobrze wyraził przede wszystkim ideę, że wszystkie wielkie kultury mają swoje narodziny, swój początek, apogeum, upadek i śmierć.

Rzeczywiście, myślę, że nasza kultura bardzo powoli zmierza – jak kultura grecko-rzymska w I wieku przed Chrystusem – do pewnej formy końca swojej biologicznej ewolucji. I może wejść w okres może nie posthistorii, ale stagnacji. Jeszcze do tego nie doszliśmy, ale już wkrótce…

Ja niestety nie wierzę w nastanie prawdziwego renesansu Europy. Myślę raczej o możliwości pewnej stabilizacji, o kreowaniu dążeń do nieco bardziej konserwatywnych form rządów, obrony wartości europejskich i przekazania ich naszym dzieciom. Być może osiągniemy – po okresie wewnętrznych zamieszek, a nawet wojen domowych na zachodzie Europy – okres imperialnej stagnacji, gdzie wszystko jest wewnętrznie dobrze uporządkowane. Będziemy raczej dbali o przeszłość niż rozwijali cokolwiek dla przyszłości.

 

A co z przyszłością świata? Czy czeka nas globalna cywilizacja, jak na ulicach San Francisco, z wielością narodów, języków i ras, czy raczej walka imperiów?

Walka imperiów, ewidentnie. Nawet sama idea globalizacji nie jest wcale prawdziwa. Jedyną cywilizacją, która stała się zglobalizowana i zróżnicowana, jest cywilizacja europejska. Wspomniał Pan o ulicach San Francisco; to samo można powiedzieć o Paryżu czy Londynie, gdzie spotkamy ludzi ze wszystkich kultur, o różnych korzeniach. Ale to wszystko dotyczy Europy i USA.

Kiedy udamy się np. do Chin, do Pekinu, nie spotkamy mas ludzi ze świata islamu, z Afryki czy Europy, tylko samych Chińczyków. Oni żyją w samowystarczalnym świecie, gdzie nie zrobisz kroku jedynie ze znajomością angielskiego. Podobnie jest w Bagdadzie, w Kairze, a nawet w Indiach. Powiedziałbym, że już teraz żyjemy w świecie olbrzymich kulturowych, a często i politycznych bloków: Chiny, Indie, świat islamu, jest też południowa część Afryki, obecnie w stanie chaosu. Wszystkie te regiony są raczej homogeniczne pod względem kultury, a często i polityki. Jedyną częścią świata, która naprawdę uległa globalizacji jest Europa.

Nie powinniśmy ulegać złudzeniu, że skoro nasze kraje stały się „wymieszane”, to podobnie jest na całym świecie. Wprost przeciwnie: jedyną kulturą, która znika wskutek globalizacji, jest cywilizacja europejska.

Cywilizacja chińska nie ulega żadnemu wymieszaniu kultur. Wprost przeciwnie, każdy w tej chwili odkrywa na nowo swoją tożsamość. Chińczycy w ostatnich latach dokonali ogromnego wysiłku, aby odnowić tradycję sprzed rewolucji, nawiązują do Konfucjusza czy Lao Tse. Muzułmanie są przekonani o konieczności wracania do dorobku przodków, Indie są często postrzegane jako kraj nacjonalistyczny. Wszędzie widzimy tworzenie bloków kulturowych, z wyjątkiem Zachodu, gdzie staramy się być otwarci, tolerancyjni i ulegamy coraz większym wpływom, a częściowo wręcz zalewowi ze strony innych cywilizacji.

 

Ostatnie pytanie będzie do historyka starożytności. Tak wiele pokoleń badaczy pracowało nad tą epoką. Czy w tej dziedzinie jest jeszcze cokolwiek nowego do odkrycia?

Oczywiście mógłbym odpowiedzieć, że zawsze można na nowo interpretować stare teksty i dostrzegać w nich nowe znaczenia. Tak, możemy robić nowe rzeczy. Z jednej strony badamy – ten nurt stał się bardzo silny – obrzeża świata antycznego. Odkrywamy epoki i źródła, których nie braliśmy dostatecznie pod uwagę. Na przykład ja sam jestem specjalistą od Seleukosa, jednego z hellenistycznych następców Aleksandra Wielkiego, który panował nad Iranem, Afganistanem, Irakiem i Syrią. Zostało odkrytych wiele nowych źródeł: inskrypcji, monet, zabytków archeologicznych, które pomogły nam zrozumieć to ogromne imperium. A jeszcze kilka dekad temu było ono prawie nieznane, bo zostało po nim niewiele śladów i zachowanych źródeł. Czyli przynajmniej na obrzeżach świata starożytnego jest jeszcze wiele do zrobienia. I oczywiście wciąż odkrywamy nowe papirusy, a praca nad papirusami z Herkulanum i Pompei cały czas postępuje. Czyli otrzymujemy nowe informacje.

Oczywiście nie odkryjemy nowego cesarza rzymskiego, bo już wszystkich znamy, czyli istnieją ograniczenia w poszerzaniu naszej wiedzy. Ale wciąż istnieją w tej wiedzy spore luki i nadzieja, że uda się je wypełnić. Z drugiej strony rzeczywiście wciąż na nowo czytamy stare teksty – Cycerona, Wergiliusza, Liwiusza, Salustiusza czy Polibiusza. Treść ich dzieł jest znana od stuleci, ale każda generacja uczonych próbuje na nowo określić swój stosunek do tego, co napisali ci autorzy, tak ważni dla powstania i rozwoju kultury europejskiej.

Jednym z licznych problemów naszej tożsamości jest zanik związku współczesnej edukacji z korzeniami Europy, jak antyk, wczesne chrześcijaństwo czy Stary Testament. Te wszystko źródła, z których w drugim millenium wyrosła nasza kultura, przestały stanowić podstawę wykształcenia, a zainteresowanie nimi ogranicza się do wąskiej grupy specjalistów.

Za to odcięcie korzeni płacimy dziś cenę. Wyrosło pokolenie, które nie czuje żadnego związku ani poczucia solidarności z własną przeszłością. Dla moich studentów starożytny Rzym jest czymś równie odległym, jak starożytne Chiny. Zanikło poczucie jakiejkolwiek ciągłości intelektualnej i z jednym, i z drugim. Rezygnacja z wykształcenia ogólnego spowodowała, że moi studenci postrzegają jako obce wszystko, co wydarzyło się przed II wojną światową. Nie wiedzą np., że są duchowymi i kulturalnymi potomkami XIX wieku. Żyją już poza historią.

To jest poważny problem, z którym porządny system edukacyjny i porządny management kulturowy będzie się musiał zmierzyć, aby przywrócić sens naszej tożsamości. Bo bez poczucia tożsamości – widzimy to dziś na zachodzie Europy – stajemy się bezbronni w obliczu nacisku takich kultur jak islam, który jest mocno zakorzeniony w swojej przeszłości, w swoim micie założycielskim, swojej wizji rodziny i społeczeństwa. Europa została tego wszystkiego pozbawiona. Powstała wielka próżnia tożsamości, którą inne siły mogą bez trudu wypełnić.

Rozmowa Antoniego Opalińskiego z prof. Davidem Engelsem, pt. „Nadchodzi epoka imperiów”, znajduje się na s. 1 i 5 czerwcowego „Kuriera WNET” nr 48/2018, wnet.webbook.pl.

WNET.FM

Podziel się z innymi
TAGI POSTA
Ministrowie poprowad
Nawet 1/3 kierowców
BRAK KOMENTARZY

Sorry, the comment form is closed at this time.

Translate »
%d bloggers like this: