Bartosz Bukowski – Zacznijmy od początku, urodziłem się w Krakowie… czyli rzecz o tym jak zostałem 40-latkiem!

Kiedyś powiedziałem słowa, którymi jedną część moich słuchaczy – z obecności których nie do końca zdawałem sobie sprawy – wprowadziłem w niepohamowaną radość, a drugą część z nich w osłupienie pomieszane z rozczarowaniem. Owa druga część słuchaczy miała bowiem ochotę na może i krótkie, ale na pewno bardziej intensywne (słownik Worda podpowiada mi następujące synonimy) gwałtowne, dynamiczne, prężne uczestnictwo w moim życiu, bo była ona młodą dziewczyną bardziej zainteresowaną mocnym przeżyciem ze mną, niż całą moją historią, którą chciałem jej przekazać. Po wypowiedzeniu tego sławnego już w naszym kręgu zdania, na dźwięk którego podglądający mnie kumple ze śmiechem wpadli przez okno do przyciasnego pokoiku, a znajdująca się w nim ze mną przygodnie poznana dziewczyna zaczęła się na powrót szybko ubierać. Zdanie owo brzmiało:
Zacznijmy od początku, urodziłem się w Krakowie…

A teraz pozwolę sobie po dwudziestu kilku latach dokończyć rozpoczętą wtedy myśl:

…dnia 19 maja 1978 roku.

Zbyt wiele o tym jakże znaczącym dla mnie dniu powiedzieć nie mogę, za to jest pewna wesoła historyjka związana z tym, co wydarzyło się równy rok, miesiąc, tydzień i jeden dzień po tej dacie. Rodzi się moja siostra Ela, a moja babcia Bronia mieszkająca w Gierczycach zapisuje pod tą datą w kalendarzu ściennym, który od zawsze wisiał u niej w kuchni: „u Wiatrów ocieliła się krowa”.

Oboje z siostrą z wielką radością odczytaliśmy ten wpis w kalendarzu z roku 1979. Mieliśmy wtedy może około dwudziestu lat i nasza babcia na nasze pytanie, dlaczego cieląca się krowa u wujka Stefka była dla niej bardziej godnym odnotowania faktem niż narodziny jej pierwszej – było nie było – wnuczki ze stoickim spokojem odpowiedziała wskazując przy tym na nazwę kalendarza:

– Przecież tu na pierwszej stronie stoi jak byk!!! – kładąc przy tym wyjątkowo mocno akcent na słowo “byk” – „Kalendarz gospodarczy na rok 1979”. No wybacz Ela, ale ty nijak w poczet inwentarza się nie zaliczasz. – dodała na wpół ze śmiechem na wpół na poważnie babcia Bronia.

Niestety ja miałem mniej szczęścia niż Ela, bo w bliźniaczym kalendarzu babci na rok 1978 pod moją datą urodzenia nie wydarzyło się nic godnego najmniejszej wzmianki, nic się nie ocieliło, nie oprosiło, nie okociło, ani nawet nie zdechło. Ba… żeby choć pryskali w polu, albo cokolwiek, a tu kompletne NIC! Ot biała plama w kalendarzu. I tak pojawiłem się na świecie zupełnie niezauważony przez „kalendarz gospodarczy na rok 1978” babci Broni.

Na pierwsze pięć lat życia cały mój świat musiał zmieścić się i zrobił to bardzo zgrabnie w kawalerce na Felicjanek 3/10. Malutkie, niespełna dwudziestometrowe mieszkanko z widokiem na Kopiec Kościuszki, las anten na krzywiznach dachów i ceglaste poniszczone ściany kamienic. Było małe, malusie skromne i niskie, co wtedy i później nigdy mi zbyt specjalnie nie przeszkadzało, bo w przeciwieństwie do moich kolegów nie wystrzeliłem przesadnie w górę i nigdy nie musiałem uważać, jak wchodziłem do mieszkania na nieco za nisko usytuowaną framugę nad drzwiami, co kilku moich kolegów zbyt zuchwale wierzących w wzrost przypłaciło ciężkim bólem głowy. Mieściliśmy się tam jednak wszyscy szczęśliwie w czwórkę – mama tata ja i Ela. Z tego okresu pamiętam, że byłem święcie przekonany, że urodził mnie tata, a Elę mama. Ela rodząc się rok, miesiąc, tydzień i jeden dzień po mnie szybko i sprawnie wykopała mnie z kolan mamy i tak znalazłem się na kolanach taty. Eli więcej czasu poświęcała mama, a mnie tata. W naszej kawalerce znajdowały się dwie wersalki.

Na jednej ja spałem z tatą, który przecież mnie urodził, bo on jest chłopcem i ja też, a na drugiej wersalce spała mama z małą Elą, którą sobie urodziła, bo w moim świecie mamy rodziły dziewczynki, a tatowie chłopców.

Nie wiem tylko, czy do końca ten układ spania był przez moich rodziców przestrzegany, no bo skąd się wziął Adaś, skoro ja cały czas spałem z tatą, a mama z Elą? Mniejsza z tym. Adaś poczęty jeszcze na Felicjanek rodzi się na swoje szczęście już w Gierczycach, w wyniku czego zaoszczędził sobie kompromitacji z wypowiadaniem tego zdania o narodzinach w Krakowie i dlatego też pewnie zaliczył więcej dziewczyn niż ja. I tu się na razie zatrzymam.

Ps. Kumple jak to kumple… nigdy nie wybaczyli mi tego zdania i z pogardą mówili o mnie – O Sprenrzyna erotoman gawędziarz…

***

Ja, czyli Bartosz Bukowski. 19 maj 1978 to mój początek. Dzieciństwo pięknie podzielone pomiędzy Kraków, a później Gierczyce. Tu i tam niekończąca się bajka pełna malin, spacerów na Wawel i dzikich podróży do Gęstych Cierni i ukrytych w nich niezapominajek. I tak samo pełne wypraw w przeszłość wraz z historiami opowiadanymi mi przez moją babcie i jej starszą siostrę – dla mnie po prostu ciocię Gienię. W roku 1983 przekraczam próg szkoły podstawowej im. Marii Curie Skłodowskiej w Łapczycy, a dokładniej jej fili w Gierczycach. O samej szkole podstawowej niewiele mogę powiedzieć z wyjątkiem tego, że do 3 klasy miałem pod górkę, a później PKS-em. W 1992 roku dostaje się do liceum im. Edwarda Dembowskiego i tu w jednej chwili rodzę się na nowo, gdy ktoś z tłumu na mój widok krzyczy – “te kur… popatrz jaki sprężyna idzie”. I tak zostałem Sprężyną, choć sam zmieniłem pisownie na Sprenrzyna, by podkreślić moją dysortografię i odróżnić od innych “pospolitych” sprężyn. W gdowskim liceum zacząłem przygodę z pisaniem publikując swoje teksty w legendarnym w pewnych kręgach “Kujonie Wieczornym wydanie poranne”. Po szkolę średniej wracam na cztery szalone lata do Krakowa i rozpoczynam dziką zabawę połączona z okazjonalnymi wizytami na uczelni, co zaowocowało trzykrotnym pobytem na drugim roku bibliotekoznawstwa UJ. Ten jakże wesoły etap mojego życia kończy się gwałtownym spotkaniem z pewną wierzbą, w wyniku którego pewna fiesta trafia na złom, a ja zaprzyjaźniam się na trzy lata z dwiema laskami (kulami). To nieudane hamownie przed drzewem dość mocno wyhamowało moje życie i na powrót zacząłem sobie zapisywać to i owo. Wreszcie miałem w nadmiarze tego, czego zazwyczaj wszystkim brakuje – czasu. W 2007, gdy w miarę pewnie staję na dwóch nogach, wsiadam w samolot i zaczynam swoją angielską przygodę, która trwa do dziś. Na początku był Queen, a potem długo, długo nic. Ich cała dwudziestoletnia dyskografia nauczyła mnie, że w rock and rollu nie mam miejsca na szufladki i że można zwiewnie flirtować z różnymi gatunkami. Dzięki Freddiemu i spółce mam niesamowicie otwartą głowę na Muzykę, choć jako upadły bibliotekarz powinienem lubić szufladki. Tak się jednak nie stało i w to mi graj!!! Bibliotekoznawstwo, więc mnóstwo książek za mną, ale od kilkunastu lat mam wrażenie, że najważniejszą już przeczytałem, a jest nią zbiór opowiadań Antoine de Saint-Exupery z najważniejszym dla mnie – Ziemia, planeta ludzi. Nic więcej nie dodam z wyjątkiem PRZECZYTAJCIE!!!

Podziel się z innymi
TAGI POSTA
BRAK KOMENTARZY

Sorry, the comment form is closed at this time.

Translate »